sobota, 20 sierpnia 2016

Powstali z popiołów… ale ona nie powinna wtedy zabijać tych dzieci!

Gdybym mogła, czytałabym i oglądała na temat II wojny światowej dosłownie wszystko. Myśl o tym, co chcesz. To mnie po prostu kręci. Gdzieś niechcący wygrzebałam film „Powstali z popiołów”, zaparzyłam herbatę no i wiesz – cyk do łóżeczka. Teraz żałuję. Ten oparty na faktach film obrzydził mi wieczór i cały następny dzień. Nie mogłam przestać o nim myśleć. Dosłownie wwiercił się w moją głowę.

Na początku było ok. Fabuła zaczyna się od tyłu. Główna bohaterka wspomina czasy swojej młodości, początki kariery i pięknego życia. Wiesz, tutaj mamy sceny rodem ze wspomnień przedwojennych Żydów – wypucowane lakierki, piękne wnętrza, kasa, prestiż, kasa i dla odmiany kasa. Po prostu ciśnie mi się na usta, że to kłuło Niemców w oczy. Żydowskie bogactwo, przepych i możliwości. Mieli po prostu za dużo wszystkiego, nie kryli tego i to sprowadziło na nich klęskę. Ale nie o tym mowa. Wróćmy do filmu.

Kadr z filmu Powstali z popiołów (cda.pl)

Powstali z popiołów - z bajki do piekła


Główna bohaterka – młoda ginekolog Gisella Perl wpada w ręce Niemców we własnym domu. Ona i jej rodzina zostają przeniesieni do getta, a stamtąd lekarka trafia do KL Auschwitz. Bajka się kończy. Piękne lakierki zamieniają się w drewniane trepy, a modna sukienka w brudny i zniszczony pasiak.

Giselle w obozie dostrzega doktor Mengele. Tak, ten sam, którego nazwisko do dziś powoduje zimne ciarki na plecach. Mengele werbuje Gisellę do pomocy w swoich eksperymentach. Ta – co zrozumiałe – wykonuje je pod groźbą utraty życia, ale w międzyczasie… z własnej woli zabija nienarodzone jeszcze dzieci. Gisella Perl dokonuje w obozie masowych aborcji. Przyznaje się do wykonania ich około tysiąca!  Ciąże usuwa gołymi rękami, będąc przekonaną, że w ten sposób ratuje kobietom życie. Cóż, różnie można rozumieć pojęcie pomocy.

Pomoc czy ukryta zemsta?


W jednej ze scen lekarka wyrywa z ciała więźniarki dziecko, które płacze. Dziecko, tak duże, że gotowe już do samodzielnego życia. Gisella wychodzi z nim na dwór, dusi je szmatą i chowa pod stertą trupów. A Bóg widzi i nie grzmi. Nie mów mi, że robiła dobrze.


  • Po pierwsze nigdy nie miała pewności, że ciężarna naprawdę zginie, jeżeli ta nie zabije jej dziecka.
  • Po drugie, jeżeli te dzieci miały i tak zginąć w obozie z rąk nazistów, to po co Gisella nurzała ręce w ich niewinnej krwi?
  • Po trzecie – ona nie pomagała. On wyręczała Niemców. Brała na siebie coś, co oni i tak by zrobili. Swoje działania tłumaczyła tym, że zabija dzieci, by ratować kobiety i by te miały w przyszłości możliwość urodzenia kolejnego potomstwa. Tak jakby dziecko było zabawką. Jak nie to, to inne, byleby matka żyła. Bo widać życie matki ważniejsze jest od życia dziecka. Obrzydliwość.


Ja to widzę tak – Gisella Perl, nad którą tak lituje się cały świat, zabijała dzieci w prywatnej wendettcie. Robiła to, by przeżyły kobiety, które kiedyś odbudują wybijanych w obozach Żydów. Moim zdaniem to była jej prywatna zemsta na Niemcach. Mogę się mylić, ale nie widzę żadnego, sensownego powodu, by młoda, uczciwa lekarka, która składała przysięgę Hipokratesa, przedkładała jedno życie ponad drugie. Nie w jej gestii leżało to, by decydować o życiu tych nienarodzonych maleństw. Nie do niej należało odbieranie im życia cuchnącymi szmatami.

Okładka filmu i książka napisana przez Gisellę Perl po wojnie

W końcu nie ona powinna otrzymać prawo leczenia po wojnie w Stanach. Jak można zabić 1000 istnień, a później, jak gdyby nigdy nic pomagać innym istnieniom przyjść na świat? Nie przekonują mnie argumenty, że obóz to inna rzeczywistość i moralność. Były w nim lekarki, które odebrały życie sobie, nie chcąc zgodzić się na to, by odbierać je innym. Jak widać, były też takie, dla których różnica między „chodź na świat” a „zniknij z tego świata” była niewielka.

Usilna próba powrócenia do zawodu była Giselli potrzebna, by zmazać poczucie winy. Skoro zabiła tysiąc, może chciała wyrównać ten rachunek, drugiemu tysiącowi pomagając przyjść na świat. Ciekawa jestem, co czułyby kobiety, które po wojnie trafiły pod skrzydła Giselli, gdyby wiedziały, co robiła ona z dziećmi jeszcze jakiś czas temu. To pewnie nie byłoby dla nich komfortowe. To byłaby odraza być może tak wielka, jaką ja czuję dziś.

Nie musisz się ze mną zgadzać, ale uszanuj moje zdanie. Nie byłam tam, nie widziałam i nie rozumiem. Mogę nawet nie być sobie w stanie wyobrazić pewnych kwestii, ale mogę je ocenić i robię to. Dlatego że mi wolno i dlatego, że chcę.

Czasami warto się zastanowić, gdzie leży granica między koniecznością a hipokryzją i to nie tylko w kontekście zabijania, ale w każdym innym. Nie może być tak, że jedno życie jest lepsze, a drugie gorsze. Że jedno zasługuje na oglądanie świata, a inne nie. Kwestie zasadności życia nie powinny podlegać dyskusji.

sobota, 6 sierpnia 2016

Nie martw się, to tylko życie - Adam Szewczyk | Recenzja książki, którą warto przeczytać

Kiedyś nadejdzie ten moment, że zamkniesz oczy po raz ostatni...

Cholernie lubię, kiedy książka ma jakieś przesłanie. Wiesz, bierzesz do ręki, czytasz i myślisz sobie: tak, nie zmarnuje tego czasu. Lubię, gdy historia do czegoś dąży, coś uzmysławia. Dość mam tych miałkich, nic niewnoszących do mojego życia historyjek bez morałów. Dlatego książka "Nie martw się, to tylko życie" wywarła na mnie dobre wrażenie. Ba, nawet bardzo dobre.

Nie martw się, to tylko życie

Nie martw się, to tylko życie - Adam Szewczyk

Wydawnictwo: Self Publishing
Stron: 384

Powiedz mi, ile swojego życia przepierdziałeś w stołek? Ile chwil zmarnowałeś? Ilu okazji nie udało Ci się wykorzystać? Kiedyś nadejdzie taki dzień, kiedy to wszystko niedelikatnie mówiąc szlag trafi. Pewnego dnia weźmiesz ostatni oddech i już nie otworzysz oczu. Tak będzie czy tego chcesz, czy nie. Może teraz masz dwadzieścia kilka albo trzydzieści kilka lat i o tym nie myślisz, ale wiesz, że ta chwila kiedyś nadejdzie. Tak jak nadeszła dla Jakuba, głównego bohatera książki. Pewnego dnia umarł. No po prostu odszedł, ale tylko stąd. Ze świata, którego my znamy. Niestety nie zdarzyło się tak, że od razu przygarnęły go aniołki i fruwał sobie z nimi między chmurkami. Ziściła się raczej złowroga wersja tej bajki, a Jakub musiał stawić czoła swojemu życiu od nowa.

Szewczyk każde Ci pomyśleć o śmierci

Po co o niej zapominasz, po co odrzucasz ją, jako coś, co Ciebie nie dotyczy? Przecież jesteś z krwi i kości, a te kości zaczną się kiedyś rozpadać, tak jak i ta krew zacznie kiedyś gęstnieć. Lepiej uzmysłowić sobie to teraz, niż odrzucać tę wizję w nieskończoność. Jakub zdał sobie sprawę z bezsensowności swojego życia trochę za późno, a z Tobą jak jest? Wykorzystujesz swoje szanse? Bierzesz życie pełnymi garściami, czy tylko udajesz, że żyjesz? Autor książki każde Ci się zastanowić nad swoim losem. Może już czas zacząć weryfikować dokonania i sięgnąć po marzenia. Jeżeli nie teraz, to kiedy do ciężkiej Anielki?

Ciemność, jaka Cię otaczała, była głęboka na tyle, że nie umiałeś dostrzec w niej niczego ani nikogo. Przez cały czas przebywania w jej objęciach twój umysł sugerował ci, że kryją się w niej demony, duchy i inne mistyczne stworzenia. Można bronić się przed najgłupszą sugestią bardzo długo, ale największa głupota powtarzana w nieskończoność potrafi zasiać ziarno niepokoju, a wraz z twoim pierwszym odwróceniem się przez ramię, umie stać się najszczerszą prawdą.

Pomyśl o śmierci, a docenisz życie

Książka "Nie martw się, to tylko życie" Adama Szewczyka jest sprzecznością samą w sobie. Z jednej strony traktuje o temacie dość nieprzyjemnym. Z drugiej jednak napawa optymizmem. No bo przecież nie wszystko stracone. Jeszcze masz szansę wiele osiągnąć. Jeszcze możesz wszystko zmienić. Dla Ciebie nic się nie skończyło, a skoro tak, to można zacząć od nowa. Nigdy nie ułożysz sobie życia idealnie, ale przynajmniej spróbujesz coś zrobić. Glupio byłoby umierać ze świadomością, że nie miało się nigdy tego, co było tak bliskie sercu. Wiem coś o tym, bo za chwilę idę na pogrzeb kolegi...

Oderwij się od Pokemon Go, wyłącz na chwilę telewizor. Stań przed lustrem i zapytaj sam siebie, czy zrobiłeś już wszystko, by być gotowym umrzeć w tej chwili? Jeżeli odpowiedź brzmi "nie" to na co czekasz? Zrób to, co pozwoli Ci kiedyś spokojnie odejść.

środa, 27 lipca 2016

Duchy III Rzeszy - dokument, który sprawi, że poczujesz się dziwnie

Zbrodnie nazistowskie bolą każdego, nawet potomków oprawców...

Kocham tematykę II wojny światowej. Jest w niej coś, co przechodzi ludzkie pojmowanie. Ciągle pytam samą siebie: jak? Jak do cholery to się mogło powieść? To przekracza moje pojmowanie. Nie wiem, jak można wmówić ludziom, że są rasą panów i nie wiem, jak można w to uwierzyć. Nie wyobrażam sobie też, jak można żyć z piętnem krwi zbrodniarza, ale są wśród nas jeszcze tacy, którzy muszą.


Procesy oświęcimskie ani trybunał norymberski nie wygoiły wcale wojennych ran. Jednych osądzono, inni czmychnęli. Nazistów nie dało się już zmienić. Oni i tak wierzyli w Hitlera i byli gotowi umierać za słuszność swojej ideologii. Niestety pozostawili po sobie krew. Nie tylko na ziemi, którą usłały trupy, ale też w żyłach innych ludzi. Pozostawili potomków, którzy cierpią za czyny, których nie popełnili.

Wnuczka nazisty - syn zbrodniarza


O przeszłości swojej rodziny dowiadywali się zazwyczaj w wieku kilkunastu lat. Mniej lub bardziej przypadkowo docierało do nich, że ich przodków wyklęła cała ludzkość. Jak żyć ze świadomością, że jest się synem, córką lub wnukiem kogoś, kto mordował ludzi z uśmiechem na ustach?Jak spojrzeć innym w oczy? Jasne, oni nie są niczemu winni, ale co z tego? I tak pochodzą z rodziny, w której ktoś dopuścił się  zbrodni przeciwko ludzkości. Jak funkcjonować, kiedy czujesz się potomkiem wcielonego diabła ? Gdy wstyd ciągnie się za Tobą nawet tam, gdzie nikt nie widzi łez?

Jak się podpisać lub przestawić, gdy Twoje nazwisko brzmi Bettina Goering? A w dodatku, gdy jesteś Niemką i dziwnym zrządzeniem losu Twój przodek był zwierzchnikiem Luftwaffe. Jak czuć się, kiedy przypadkowo dowiadujesz się, że Twój dziadek nazywał się Wilhelm Boger i był twórcą jednej z najstraszliwszych tortur, jakie widział świat (huśtawki Bogera)?

Trzeba wiedzieć, kogo nienawidzić


Nam się tylko wydaje, że wszyscy Niemcy są źli, że w ich żyłach płynie krew szaleńców, a osławiona przez nich genetyka będzie nieść dalej zło. Żywimy urazę, a tak naprawdę po drugiej stronie stoją ludzie, którym jest po prostu wstyd. Ludzie, którzy nie odpowiadają za to, co się kiedyś stało. Istnienia, które urodziły się z piętnem przeszłości i które tego piętna nie mogą zamazać. I nie rozumiem stwierdzenia, że ktoś musi odpokutować za grzechy narodu niemieckiego. A gdyby Tobie tak kazali odpokutować za czyny, których kiedyś dopuściła się Twoja babka? Przecież to niedorzeczne. Ci, którzy byli winni, już nie żyją. Ci, którzy zostali, żyją życiem podwójnym - swoim i dziadka nazisty. Dziadka oprawcy.

Dzieci i wnuki rasy panów żyją w cieniu hitlerowskich zbrodni. Opowiadają o swoich odczuciach, przemyśleniach i problemach, które dostały w spadku razem z krwią. Opowiadają o drodze do uleczenia i o pojednaniu z tymi, których skrzywdzono. Warto to obejrzeć. Naprawdę warto.

Dokument Duchy III Rzeszy pokazuje, że ideologia upada, ale ofiary pozostają. Są po obu stronach, nie tylko po tej, która była ciemiężona. Również po tej, która ciemiężyła. Za zło płaci każdy i to powinna być dla nas nauczka na przyszłość. Również w kontekście tego, co dzieje się teraz. Zaręczam Ci, że dzieci narodu islamskiego będą przez całe życie nosić brzemię swoich rodziców i dziadków.

Współczuję rodzinom ofiar nazistów i rodzinom oprawców. Obu tym grupom tak samo. Bo tu nie chodzi o to, by osądzać z góry. Tu chodzi o taką ludzką przyzwoitość i zrozumienie, że sądzić będzie ten na górze.

Obejrzyj Duchy III Rzeszy i powiedz z czystym sumieniem, czy potrafisz nienawidzić za same geny?


sobota, 16 lipca 2016

NLP w 21 dni – Alder Harry, Beryl Header | Recenzja książki

NLP – sposób na zmianę życia czy bujda na resorach?

Teraz każdy chwali się, że zna NLP. No bo to takie modne, bo wypada interesować się rozwojem osobistym. Sama swego czasu to zgłębiałam. Było ok., ale wiesz co? Wydaje mi się, że to jest dobre dla , którzy szybko łykają różne rzeczy i którym wiele do zmiany nie potrzeba. Przeczytałam książkę NLP w 21 dni Aldera Harr'ego, Beryla Header'a i mam mieszane uczucia.

NLP w 21 dni - Alder Harry, Beryl Header

Wydawnictwo: Rebis
Stron: 320

Co kryje się pod tajemniczym skrótem NLP? Czy jest to jakiś magiczny sposób na zmianę osobistą i osiąganie celów? Jak zareagujesz, jeśli powiem Ci, że tak? Albo chociaż trochę tak, no bo wiadomo, że poznanie danej metody nie jest równoznaczne z osiągnięciem jakichś efektów.

W książce NLP w 21 dni Harry Alder i Beryl Heather piszą, że NLP to:

NLP to skrót terminu Neuro-Linguistic Programming (programowanie neurolingwistyczne - dop. tłum.), oznaczającego nowatorskie podejście do kwestii porozumiewania się i rozwoju człowieka. Nazywa się je sztuką i nauką tworzenia indywidualnej doskonałości bądź studium doświadczenia subiektywnego. NLP pozwala w stopniu doskonałym posiąść umiejętności porozumiewania się z innymi oraz uczy praktycznych metod zmieniania sposobu myślenia i zachowania. Dzięki nim wiele milionów osób buduje lepsze związki, zyskuje pewność siebie i osiąga sukcesy w każdym aspekcie życia.

NLP to zbiór technik pozwalających lepiej się komunikować, osiągać wyższy poziom motywacji, zmieniać swoje negatywne postawy i nabierać nowych - pozytywnych. NLP to wspaniałe  narzędzie, dzięki któremu tysiące kobiet i mężczyzn na całym świecie dosłownie odmieniło swoje życie. Tylko nie ja.

„NLP w 21 dni” – brzmi nieźle, nie? Tak, jak gdyby naprawdę można było się tego wszystkiego nauczyć w dwa tygodnie. Podobno tyle czasu człowiek potrzebuje do tego, żeby zmienić swoje nawyki. Testowałam i u mnie nie było fajerwerków. Książka jest napisana naprawdę fajnie. Profesjonalnie i bez lania wody, ale mnie to nie porywa. Może za długo siedzę już w rozwoju osobistym, żeby łykać wszystko, jak młody pelikan.

 „Dzięki NLP doskonałość nie wydaje się już tak trudna do osiągnięcia. W każdej doskonałej umiejętności czy zachowaniu można doszukać się pewnej „strategii". Strategie te, choćby nawet stosująca je osoba nie zdawała sobie sprawy z ich istnienia, obejmują sekwencje myśli i działań, które składają się na osiągnięcie pomyślnego rezultatu”.

Twórcami Programowania neurolingwistycznego byli matematyk i informatyk Richard Bandler oraz lingwista John Grinder.  Nauczyciel i uczeń pracujący pod wspólną banderą szukali jednej wspólnej cechy łączącej dokonania sław takich jak Virginia Satir, Milton Erickson i Gregory Bateson. Okazało się, że spektakularne efekty, jakie osiągali ci terapeuci wynikały ze sposobu, w jaki pracowali z pacjentami. Bandler i Grinder zdołali poznać te zadziwiające metody, sprecyzować, udoskonalić i nadać im miano NLP - Programowania Neurolingwistycznego.

Główne założenie NLP opiera się na modelowaniu, czyli nabywaniu cech obiektu czy osoby, do której chcielibyśmy być podobni i której umiejętności chcielibyśmy posiąść. Wiadomo, że nauka odbywa się poprzez naśladownictwo i ten właśnie sposób twórcy NLP zastosowali w swoim modelu. NLP bada jak za pomocą zmysłów filtrujemy docierające do nas informacje oraz w jaki sposób je wykorzystujemy. Programowanie zawiera w sobie cały zestaw zasad i ćwiczeń mających na celu umożliwić nam osiągnięcie sukcesu. Możemy pozbyć się w ten sposób negatywnych skojarzeń, stresu i zmienić postrzeganie denerwujących nas rzeczy.

Głównymi jego założeniami NLP są stwierdzenia:


1. Mapa nie jest terenem, czyli sposób, w jaki postrzegasz świat, niekoniecznie musi być obiektywny, gdyż jest to tylko i wyłącznie Twój punkt widzenia.
2. U podstaw zachowań leżą pozytywne intencje.
3. Możliwość wyboru jest lepsza od jego braku.
4. Komunikat był taki, jaka jest reakcja odbiorcy.
5. Nie ma porażek, są tylko informacje zwrotne.

Z założeniami się zgadzam, ale metody pracy nad sobą nie zawsze mi odpowiadają. Wykonywałam ćwiczenia, ale no cóż – rezultatów nie było. Bo ja to jestem w sumie taka bestia, że lubię widzieć efekty od razu. Jeżeli ich nie ma, to przestaje wałkować dany temat. Nie twierdzę jednak, że u Ciebie NLP się nie sprawdzi. Każdy jest inny. Może Tobie to podpasuje.


To tylko 3 tygodnie. Warto spróbować. Przecież każdy chce żyć lepiej. Zmiany nie muszą być duże. Liczy się chęć działania. Tej nigdy się nie żałuje.

piątek, 10 czerwca 2016

Mapa marzen - Mapa celów - Karina Sęp | Recenzja książki

Każdy cel da się osiągnąć. Z mapą będzie to prostsze niż myślisz

Masz jakiś cel? Na pewno. Każdy z nas ma jakiś cel, ale nie każdemu udaje się te cele osiągnąć. Nie osiągamy ich, bo nie wiemy jak, ale można to zmienić. Można nauczyć się  takiego działania, dzięki któremu każdy, mniejszy lub większy cel zostanie osiągnięty. Taki sposób prezentuje książka Mapa marzeń - Mapa celów Kariny Sęp. W książce przedstawiono osiąganie celów za pomocą mapy - graficznego obrazowania tego, o czym marzymy.
Mapa marzeń - Mapa celów - Karina Sep

Mapa marzeń. Mapa celów - Karina Sęp

Wydawnictwo: Oficynka
Stron: 200

W książce Kariny Sęp opisany jest prosty sposób na to, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo osiągnięcia swoich celów. Autorka radzi usystematyzować swoje cele w formie mapy, która zawiera 9 kwadratów. Cała mapa jest jednym dużym kwadratem, w którym znajduje się 9 mniejszych kwadratów. Każdy kwadrat odpowiada za konkretną sferę życia i każdy uzupełniamy innymi kategoriami celów.

Cele mogą być długoterminowe lub krótkoterminowe i nad każdym z nich pracujemy inaczej. Trzeba przyznać, że idea jest nawet ciekawa i być może warto byłoby spróbować osiągnąć swoje cele właśnie w taki sposób. Przyznam szczerze, że jeszcze nie próbowałam zrobić własnej mapy, ale kiedy tylko znajdę czas, to z pewnością się za nią zabiorę. Książka Mapa marzeń - Mapa celów Kariny Sęp rozbita jest na konkretne rozdziały, które mają nam przybliżyć, czym jest mapa, po co ją robić, jak ją robić i co dzięki niej osiągniemy.

Łatwe osiąganie celów - czy aby na pewno?


Napisano już wiele poradników o osiąganiu i celów i zdobywaniu radości ze swojego życia. Zastanawiałam się, co ten może wnieść nowego i czy przedstawiona w nim metoda rzeczywiście jest taka skuteczna. O skuteczności na razie nie mogę się wypowiadać, ale wiem jedno - sama idea do mnie przemawia. Ludzki umysł chłonie wszystko, co widzi. Tak samo jest z podświadomością. Jeżeli karmimy ją jakimiś obrazami i jakimiś ideami, to ona chłonie je jak gąbka i jest w stanie na nie zareagować. Ludzka podświadomość ma wspaniałe możliwości. Jest w stanie tak kierować naszymi działaniami, żebyśmy mogli w konsekwencji osiągnąć oczekiwane rezultaty.

Pomysł na mapę marzeń wydaje się naprawdę dobry. Szczególnie dla mnie, bo pomysłów na rozwój i na to, co chce osiągnąć, nigdy mi nie brakowało. Teraz trzeba chyba tylko zacząć wprowadzać je w życie. Z tym że bardzo często trudno jest usystematyzować swoje cele i człowiek sam nie wie, czego tak naprawdę chce i do czego dąży. Mapa marzeń - mapa celów pomaga odkryć te cele i dać sobie inspirację do tego, żeby zacząć te cele osiągać. Bardzo często na przeszkodzie w osiąganiu celów stoi to, że niby czegoś chcemy, ale tak naprawdę nie potrafimy stworzyć w umyśle dokładnego planu tego, czego chcemy i tym samym znaleźć drogę, dzięki której będzie to można osiągnąć.

Dobra książka, słaba okładka


Poradnik Kariny Sęp jest kompleksowy. Omawia wiele zagadnień osiągania celów, dzięki czemu możemy dobrze przygotować się na ich nadejście. Język książki jest prosty, ale najważniejsze jest to, że autorka nie obiecuje nam gruszek na wierzbie. Nie pisze, że osiągniemy w locie wszystko, co chcemy, bo wiadome jest, że na pewne cele trzeba poświęcić więcej czasu (nawet lata), a inne są tak trudne, że być może nigdy nie uda nam się ich osiągnąć. Tak czy inaczej, warto sięgnąć po książkę Mapa marzeń - Mapa celów. Zastanawiam się tylko nad jednym - dlaczego autorka jest na okładce? Drugą książkę Kariny Sęp też wieńczy okładka, na której jest sama autorka. Na okładkach niektórych książek znajdują się ich autorzy, ale zdjęcia są często w jakimś kontekście. Przykładowo blogerka modowa pozuje z wieszakiem do ubrań i to jest ok, ale tutaj? Po prostu zdjęcie. Parcie na szkło czy co?

Jeżeli masz jakiś cel, ale dzisiaj wydaje Ci się bardzo odległy - zrób mapę. Poczujesz się lepiej i przekonasz swój świadomy umysł, że jesteś już o krok bliżej i cel kiedyś uda się osiągnąć. Podobno nie ma takich rzeczy, których człowiek nie mógłby zrealizować, jeżeli bardzo chce.

niedziela, 29 maja 2016

Diet coaching - Urszula Mijakoska | Recenzja książki

Twój osobisty, wewnętrzny coach na diecie

Wchodzisz na wagę i ciągle widzisz to samo. Wskazówka ani drgnie, a ręczniki robią się chyba coraz cięższe. Oszukujesz się tygodniami lub miesiącami i w końcu stwierdzasz, że to nie wina wagi ani ręcznika. Zaczynasz rozumieć, że to Ty tyle ważysz. Zaczynasz się odchudzać i nie wychodzi. Cóż, w takim przypadku przyda się Diet coaching. Urszula Mijakoska wie jak go w Tobie zaszczepić. Skończą się wymówki, skończy odwlekanie i tuczenie tym, co Ci nie sprzyja.

Diet coaching - Urszula Mijakoska

Diet coaching - Urszula Mijakoska

Stron: 186
Wydawnictwo: Samo Sedno

Nigdy nie miałam problemów z wagą, chociaż przyznam, że te 2 kg (z brzucha) to mogłabym schudnąć. No ale jak? Niby jem dobrze, nie przejadam się, mam wiedzę z zakresu żywienia, ale jednak coś jest nie tak. Jestem dyplomowanym żywieniowcem i sama nie mogę siebie przekonać do tego, żeby odżywiać się jeszcze lepiej i trzymać w ryzach to, co pojawia się na moim talerzu. Czegoś mi brakowało. Kilka razy robiłam podejście do diety bezglutenowej, kilka razy próbowałam zrezygnować z cukru, ale to nie trwało dłużej niż kilka dni. Czytając książkę Diet Coaching zaczynałam powoli rozumieć, w czym tkwi problem. Gdzie jest ta cienka linia, która dzieli typowo fizyczne podejście do jedzenia i podejście mentalne. Coś zaczynało mi świtać.

Książka jest według mnie bardzo dobrze wydana. Ostatnio coraz większą wagę przykładam do jakości wydania i jest ono dla mnie kluczowe. Nie wiem skąd to przekonanie, że dobre książki wydaje się na dobrym papierze i w atrakcyjny sposób, a słabe na szarym i z zastosowaniem niewyraźnego druku. :) Tutaj mamy tę lepszą wersję. Wydanie jest naprawdę ładne, a zawartość, no cóż - jeszcze lepsza.

Książka Diet Coaching Urszuli Mijakoskiej podzielona jest na 6 głównych rozdziałów, a każdy z nich ma dodatkowo od kilku do kilkunastu podrozdziałów. Lubię tak napisane książki. Wszystko jest dokładnie usystematyzowane i zawsze wiem, jak wrócić do konkretnego rozdziału. Szczerze mówiąc, autorka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie ma to nic wspólnego z zaleceniami dietetycznymi, tylko raczej z jej psychologicznym, a wręcz duchowym podejściem do jedzenia. Kiedy czytam, że przed talerzem powinnam być w "tu i teraz" to się rozpływam.

Emocje i myśli a jedzenie


To, co jemy, jest często odbiciem naszych myśli i wydarzających się w życiu sytuacji. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak nasz stan psychiczny jest w stanie determinować cały styl życia. Dalej to wszystko się zapętla, bo to, jak jemy, ma odbicie w naszej efektywności i zachowaniu. Od jedzenia naprawdę wiele może zależeć. Osoba, która chce się odchudzać jest często w potrzasku. Wie, że dzwonią, ale nie wie gdzie. Nie ma tego punktu zaczepienia i brak jej pomysłu, od czego zacząć. W takiej sytuacji warto zacząć od jedzenia. Żywność, która trafi do naszego żołądka, determinuje wiele rzeczy w naszym życiu. Wygląd, samopoczucie, postrzeganie samego siebie, pewność siebie, jasność umysłu.

Zdrowie i emocje na talerzu

Czy warto mieć diet coacha?


Cudownie byłoby mieć kogoś, kto stałby przy nas w dzień i w nocy, podsuwając nam do jedzenia tylko to, co najlepsze. Kogoś, kto zawsze czuwałby nad tym, co jemy, a w konsekwencji jak się czujemy. Kogoś takiego mamy zawsze przy sobie. Ten coach siedzi w naszej głowie i trzeba mu tylko pozwolić się uruchomić. Lektura książki z pokaże Ci jak tego dokonać. Wyjaśni wiele rzeczy i uzmysłowi to, co do tej pory Ci umykało.


Z książki dowiesz się:

- Jak wybierać zdrowe zamienniki produktów spożywczych?
- Jak unikać jedzenia tego, co uzależnia?
- Jak zmniejszyć apetyt na słodycze?
- Jak łączyć produkty, żeby jeść smacznie i do syta, a jednocześnie zdrowo?
- Jak spojrzeć odpowiednio na swoje ciało i "włączyć" wewnętrznego diet coacha?


Diet Coaching to niewielka objętościowo książka, więc czytanie będzie prawdziwą przyjemnością. Możesz do niej zawsze wrócić w chwilach zwątpienia. Nie obiecam Ci, że schudniesz z diet coachem, ale z drugiej strony nie wierzę, że mogłoby Ci się to nie udać. Wiesz, tutaj wszystko jest całkowicie inaczej opisane. To nie jest podręcznik głodzenia się, ani też poradnik, który wałkuje utarte schematy żywieniowe.

Badania przeprowadzone w USA wykazują, że osoby stosujące się do powszechnie uznanych norm żywieniowych wynikających z piramidy żywienia nie osiągają znaczącej poprawy stanu zdrowia. Można to wyjaśnić brakiem informacji na temat jakości żywności. Zalecenia dietetyczne pozwalają bowiem na stosowanie produktów z rafinowanych zbóż (biały ryż, chleb i makarony z białej mąki), które przyczyniają się do rozwoju cukrzycy i otyłości.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej na temat glutenu, to zapraszam tutaj: Chleb nas zabija! Dieta bez pszenicy. Kiedy przejdziesz już przez wszystkie zalecenia, to na końcu książki możesz spodziewać się bonusu, czyli przepisów na pyszne i zdrowe dania. Będzie i sałatka i risotto i kotleciki. Nic tylko gotować. Spróbuj z coachem. Nic nie tracisz, a zyskać możesz bardzo wiele.

środa, 13 kwietnia 2016

Social Media: Start - Jason Hunt (Tomek Tomczyk) | Recenzja książki

Doczekałam się i kozy i zadowolenia

Dwa tygodnie. Tyle czekałam na nową książkę Jasona Hunta (Tomka Tomczyka). E-maila sprawdzałam chyba z 20 razy, moja przesyłka musiała się przewalić aż przez 6 stacji pocztowych, ale dotarła. Cała i zdrowa, no i oczywiście z kozą. Nie, żebym na tę kozę jakoś szczególnie czekała, ale tak, miałam nadzieję, że się pojawi i doczekałam się. Jako że apetyt na książkę Social Media Start sięgnął zenitu, zaczęłam czytać odrzucając na bok wszystkie obowiązki (nawet moje ukochane flaczki, które z godziny na godzinę były coraz zimniejsze).
Social Media Start

Social Media Start - Jason Hunt

Wydawnictwo: Jason Hunt Books
Stron: 238

Trzęsącymi się rękoma zaczęłam rozpakowywać przesyłkę. Iwonki się postarały. Książka była dobrze zakutana, a to w folię, a to w kartony. Bez noża nie dało rady ruszyć, ale jakoś wyszła. Wyglądała świetnie. Naprawdę. Nowoczesna, czytelna i w pewnym sensie minimalistyczna okładka od razu informowała, że z wydaniem się postarali. W środku jeszcze lepiej, kolorowo, rysuneczki, KOZA, ładny układ. No bajka. Papier bielutki, a nie jakaś tandetna srajtaśma. Dopracowane, ułożone, no miód malina. Myślę sobie, nie będę chwalić dnia przed zachodem słońca, zaczynam czytać.

Social Media Start - pokaż kotku co masz w środku


Prolog charakterystyczny dla Tomka, czyli dobry. Motywuje, ale i sprowadza na ziemię. Plus za brak obietnic w stylu "uczynię z Ciebie boga social media". Zaczynamy od zera, Jason Hunt obala 9 mitów, w które wierzą blogerzy. Z pewnością nie Ci z blogowej śmietanki, ale takie ot przeciętniaki. Dlaczego tak sądzę? Wydaje mi się, że naprawdę dobry bloger, nauczony własnym doświadczeniem nie wierzy już w te bajki, w te wzniosłe ideały. Blogowanie to biznes, to dla niektórych ludzi sposób na życie i czas najwyższy, żeby pewne rzeczy zrozumieć. Tutaj są one krótko i zwięźle wytłumaczone. Nie do przemyślenia. Do zapamiętania i wbicia sobie do zakutego łba.

Po krótkich rozważaniach nad przyszłością blogera przechodzimy do budowania jego chatki. Krok po kroku. Najpierw kopiemy dziurę w ziemi (coby fundamenty wylać), później bierzemy przyczepkę i dajemy po cegłę. Jak jest już cegła, to zakasujemy rękawy, kielnia w dłoń i do roboty. Nie ma lekko, nic samo nie przyjdzie ani z nieba nie spadnie. Żaden popularny bloger nie kupił sobie gotowej chatki, każdy ją budował i to w pocie czoła. Pot kolokwialnie mówiąc, lał się po dupie, ale budować trzeba było.

W książce mamy wytłumaczone podstawowe elementy strategii SEO. Nie oszukujmy się, pozycjonowania i optymalizacji nikt dla jaj nie wymyślił ani koza też ich nie wybeczała. Są po prostu potrzebne i pewnych rzeczy trzeba się w tym względzie nauczyć. Sama nie twierdzę, że bez tego stropu się nie zaleje, ale wiem z doświadczenia, że SEO pomoże nam szybciej zmieszać beton.

Nikt nie czyta pierwszych tekstów na blogach.

Z tym się akurat prawie zgadzam, no chyba, że do pisania zabiera się ktoś, kto już jakieś pojęcie w tym temacie ma  urodzi mu się coś znośnego. Może nie czytają ich czytelnicy, których pozyskujemy na stałe, ale jak się dobrze zoptymalizuje, to czytać będą. Jeden z moich pierwszych tekstów na tym blogu (12 powodów, dla których warto czytać książki) ma więcej odsłon niż mój jakikolwiek inny tekst. Nie mówię już o tym, że korzysta z niego połowa polskich szkół i bibliotek. :-)

A kto to tam jednym okiem podgląda?

Jason Hunt w Social Media Start pomoże Ci realnie spojrzeć na swoje możliwości, na perspektywy, jakie się przed Tobą otwierają i dobrać odpowiednie metody, dzięki którym te rokowania będą lepsze. Zobaczysz, jak ogarniać Facebooka, Instagrama, Snapchata, korzystać z narzędzi takich jak Brand24 i gdzie zaglądać, żeby się to wszystko jakoś kręciło.

Eksperymentuj, przy czym nie ulegaj złudzeniu, że jeśli parę razy uda ci się wypromować tekst wrzucony w środku nocy, to znaczy, że twoją społecznością są nietoperze.

Dostaniesz też gotowe sposoby na to, żeby wybić się z tłumu, pocieszenie w czasie pierwszego, kryzysowego miesiąca blogowania i odpowiedzi na wiele pytań. Klarownych i prostych odpowiedzi, co nie znaczy, że autor pozuje na nieomylnego. Blogowanie to praktyka prób i błędów, a Napoleon powiedział kiedyś, że "Na wojnie ten wygrywa, kto najmniej błędów popełnia". Do tego trzeba się zabrać z głową i z wiedzą albo od zera i samemu zaliczyć pewne wpadki. Tylko po co, skoro są takie poradniki jak ten i możesz wziąć w łapę, przeczytać i zaoszczędzić parę lat tłuczenia głową o ścianę. Bo Ci nie wychodzi, bo miało być tak pięknie, ale jak zwykle się zesrało.

Jest koza jest impreza


Proszę Państwa oto Tomkowa koza


Nie zesra się, jeżeli się przyłożysz, no chyba, że nie masz serca, czasu (tak jak ja) albo chęci. Ale zawsze możesz zacząć budować newsletter o ile chęci i czas się znajdą, możesz znaleźć sobie substytut własnej kozy. Autentycznie coś w tym jest. Ja nie czekam na to, co Tomek napisze w nowym e-mailu. Mnie interesuje tylko "cześć kochanie" i nowa koza. Jeżeli subskrybujesz jego newsletter, to wiesz, o co chodzi. Jeżeli nie, to zapisz się, chociaż po to, żeby zrozumieć, o co z tą kozą chodzi.


Na końcu książki główne postaci ładnie Ci się przedstawią i dostaniesz zachętę do kupienia innych książek autora. Wszystko będzie tak, jak być powinno. Social Media Start odłożysz na półkę usatysfakcjonowany i będzie happy end. Mnie się podobało, może spodoba się i tobie. Ja natomiast zabieram się za "Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj", bo przyszedł w jednej paczce, ale jakoś nowa kręciła mnie na ten moment bardziej. Do Social Media Start przyczepić się nie mogę. Po prostu rzetelna, super wydana książka. Będzie miała branie, a i na piesie i na kozę zarobi.