piątek, 10 czerwca 2016

Mapa marzen - Mapa celów - Karina Sęp | Recenzja książki

Każdy cel da się osiągnąć. Z mapą będzie to prostsze niż myślisz

Masz jakiś cel? Na pewno. Każdy z nas ma jakiś cel, ale nie każdemu udaje się te cele osiągnąć. Nie osiągamy ich, bo nie wiemy jak, ale można to zmienić. Można nauczyć się  takiego działania, dzięki któremu każdy, mniejszy lub większy cel zostanie osiągnięty. Taki sposób prezentuje książka Mapa marzeń - Mapa celów Kariny Sęp. W książce przedstawiono osiąganie celów za pomocą mapy - graficznego obrazowania tego, o czym marzymy.
Mapa marzeń - Mapa celów - Karina Sep

Mapa marzeń. Mapa celów - Karina Sęp

Wydawnictwo: Oficynka
Stron: 200

W książce Kariny Sęp opisany jest prosty sposób na to, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo osiągnięcia swoich celów. Autorka radzi usystematyzować swoje cele w formie mapy, która zawiera 9 kwadratów. Cała mapa jest jednym dużym kwadratem, w którym znajduje się 9 mniejszych kwadratów. Każdy kwadrat odpowiada za konkretną sferę życia i każdy uzupełniamy innymi kategoriami celów.

Cele mogą być długoterminowe lub krótkoterminowe i nad każdym z nich pracujemy inaczej. Trzeba przyznać, że idea jest nawet ciekawa i być może warto byłoby spróbować osiągnąć swoje cele właśnie w taki sposób. Przyznam szczerze, że jeszcze nie próbowałam zrobić własnej mapy, ale kiedy tylko znajdę czas, to z pewnością się za nią zabiorę. Książka Mapa marzeń - Mapa celów Kariny Sęp rozbita jest na konkretne rozdziały, które mają nam przybliżyć, czym jest mapa, po co ją robić, jak ją robić i co dzięki niej osiągniemy.

Łatwe osiąganie celów - czy aby na pewno?


Napisano już wiele poradników o osiąganiu i celów i zdobywaniu radości ze swojego życia. Zastanawiałam się, co ten może wnieść nowego i czy przedstawiona w nim metoda rzeczywiście jest taka skuteczna. O skuteczności na razie nie mogę się wypowiadać, ale wiem jedno - sama idea do mnie przemawia. Ludzki umysł chłonie wszystko, co widzi. Tak samo jest z podświadomością. Jeżeli karmimy ją jakimiś obrazami i jakimiś ideami, to ona chłonie je jak gąbka i jest w stanie na nie zareagować. Ludzka podświadomość ma wspaniałe możliwości. Jest w stanie tak kierować naszymi działaniami, żebyśmy mogli w konsekwencji osiągnąć oczekiwane rezultaty.

Pomysł na mapę marzeń wydaje się naprawdę dobry. Szczególnie dla mnie, bo pomysłów na rozwój i na to, co chce osiągnąć, nigdy mi nie brakowało. Teraz trzeba chyba tylko zacząć wprowadzać je w życie. Z tym że bardzo często trudno jest usystematyzować swoje cele i człowiek sam nie wie, czego tak naprawdę chce i do czego dąży. Mapa marzeń - mapa celów pomaga odkryć te cele i dać sobie inspirację do tego, żeby zacząć te cele osiągać. Bardzo często na przeszkodzie w osiąganiu celów stoi to, że niby czegoś chcemy, ale tak naprawdę nie potrafimy stworzyć w umyśle dokładnego planu tego, czego chcemy i tym samym znaleźć drogę, dzięki której będzie to można osiągnąć.

Dobra książka, słaba okładka


Poradnik Kariny Sęp jest kompleksowy. Omawia wiele zagadnień osiągania celów, dzięki czemu możemy dobrze przygotować się na ich nadejście. Język książki jest prosty, ale najważniejsze jest to, że autorka nie obiecuje nam gruszek na wierzbie. Nie pisze, że osiągniemy w locie wszystko, co chcemy, bo wiadome jest, że na pewne cele trzeba poświęcić więcej czasu (nawet lata), a inne są tak trudne, że być może nigdy nie uda nam się ich osiągnąć. Tak czy inaczej, warto sięgnąć po książkę Mapa marzeń - Mapa celów. Zastanawiam się tylko nad jednym - dlaczego autorka jest na okładce? Drugą książkę Kariny Sęp też wieńczy okładka, na której jest sama autorka. Na okładkach niektórych książek znajdują się ich autorzy, ale zdjęcia są często w jakimś kontekście. Przykładowo blogerka modowa pozuje z wieszakiem do ubrań i to jest ok, ale tutaj? Po prostu zdjęcie. Parcie na szkło czy co?

Jeżeli masz jakiś cel, ale dzisiaj wydaje Ci się bardzo odległy - zrób mapę. Poczujesz się lepiej i przekonasz swój świadomy umysł, że jesteś już o krok bliżej i cel kiedyś uda się osiągnąć. Podobno nie ma takich rzeczy, których człowiek nie mógłby zrealizować, jeżeli bardzo chce.

niedziela, 29 maja 2016

Diet coaching - Urszula Mijakoska | Recenzja książki

Twój osobisty, wewnętrzny coach na diecie

Wchodzisz na wagę i ciągle widzisz to samo. Wskazówka ani drgnie, a ręczniki robią się chyba coraz cięższe. Oszukujesz się tygodniami lub miesiącami i w końcu stwierdzasz, że to nie wina wagi ani ręcznika. Zaczynasz rozumieć, że to Ty tyle ważysz. Zaczynasz się odchudzać i nie wychodzi. Cóż, w takim przypadku przyda się Diet coaching. Urszula Mijakoska wie jak go w Tobie zaszczepić. Skończą się wymówki, skończy odwlekanie i tuczenie tym, co Ci nie sprzyja.

Diet coaching - Urszula Mijakoska

Diet coaching - Urszula Mijakoska

Stron: 186
Wydawnictwo: Samo Sedno

Nigdy nie miałam problemów z wagą, chociaż przyznam, że te 2 kg (z brzucha) to mogłabym schudnąć. No ale jak? Niby jem dobrze, nie przejadam się, mam wiedzę z zakresu żywienia, ale jednak coś jest nie tak. Jestem dyplomowanym żywieniowcem i sama nie mogę siebie przekonać do tego, żeby odżywiać się jeszcze lepiej i trzymać w ryzach to, co pojawia się na moim talerzu. Czegoś mi brakowało. Kilka razy robiłam podejście do diety bezglutenowej, kilka razy próbowałam zrezygnować z cukru, ale to nie trwało dłużej niż kilka dni. Czytając książkę Diet Coaching zaczynałam powoli rozumieć, w czym tkwi problem. Gdzie jest ta cienka linia, która dzieli typowo fizyczne podejście do jedzenia i podejście mentalne. Coś zaczynało mi świtać.

Książka jest według mnie bardzo dobrze wydana. Ostatnio coraz większą wagę przykładam do jakości wydania i jest ono dla mnie kluczowe. Nie wiem skąd to przekonanie, że dobre książki wydaje się na dobrym papierze i w atrakcyjny sposób, a słabe na szarym i z zastosowaniem niewyraźnego druku. :) Tutaj mamy tę lepszą wersję. Wydanie jest naprawdę ładne, a zawartość, no cóż - jeszcze lepsza.

Książka Diet Coaching Urszuli Mijakoskiej podzielona jest na 6 głównych rozdziałów, a każdy z nich ma dodatkowo od kilku do kilkunastu podrozdziałów. Lubię tak napisane książki. Wszystko jest dokładnie usystematyzowane i zawsze wiem, jak wrócić do konkretnego rozdziału. Szczerze mówiąc, autorka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie ma to nic wspólnego z zaleceniami dietetycznymi, tylko raczej z jej psychologicznym, a wręcz duchowym podejściem do jedzenia. Kiedy czytam, że przed talerzem powinnam być w "tu i teraz" to się rozpływam.

Emocje i myśli a jedzenie


To, co jemy, jest często odbiciem naszych myśli i wydarzających się w życiu sytuacji. Często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak nasz stan psychiczny jest w stanie determinować cały styl życia. Dalej to wszystko się zapętla, bo to, jak jemy, ma odbicie w naszej efektywności i zachowaniu. Od jedzenia naprawdę wiele może zależeć. Osoba, która chce się odchudzać jest często w potrzasku. Wie, że dzwonią, ale nie wie gdzie. Nie ma tego punktu zaczepienia i brak jej pomysłu, od czego zacząć. W takiej sytuacji warto zacząć od jedzenia. Żywność, która trafi do naszego żołądka, determinuje wiele rzeczy w naszym życiu. Wygląd, samopoczucie, postrzeganie samego siebie, pewność siebie, jasność umysłu.

Zdrowie i emocje na talerzu

Czy warto mieć diet coacha?


Cudownie byłoby mieć kogoś, kto stałby przy nas w dzień i w nocy, podsuwając nam do jedzenia tylko to, co najlepsze. Kogoś, kto zawsze czuwałby nad tym, co jemy, a w konsekwencji jak się czujemy. Kogoś takiego mamy zawsze przy sobie. Ten coach siedzi w naszej głowie i trzeba mu tylko pozwolić się uruchomić. Lektura książki z pokaże Ci jak tego dokonać. Wyjaśni wiele rzeczy i uzmysłowi to, co do tej pory Ci umykało.


Z książki dowiesz się:

- Jak wybierać zdrowe zamienniki produktów spożywczych?
- Jak unikać jedzenia tego, co uzależnia?
- Jak zmniejszyć apetyt na słodycze?
- Jak łączyć produkty, żeby jeść smacznie i do syta, a jednocześnie zdrowo?
- Jak spojrzeć odpowiednio na swoje ciało i "włączyć" wewnętrznego diet coacha?


Diet Coaching to niewielka objętościowo książka, więc czytanie będzie prawdziwą przyjemnością. Możesz do niej zawsze wrócić w chwilach zwątpienia. Nie obiecam Ci, że schudniesz z diet coachem, ale z drugiej strony nie wierzę, że mogłoby Ci się to nie udać. Wiesz, tutaj wszystko jest całkowicie inaczej opisane. To nie jest podręcznik głodzenia się, ani też poradnik, który wałkuje utarte schematy żywieniowe.

Badania przeprowadzone w USA wykazują, że osoby stosujące się do powszechnie uznanych norm żywieniowych wynikających z piramidy żywienia nie osiągają znaczącej poprawy stanu zdrowia. Można to wyjaśnić brakiem informacji na temat jakości żywności. Zalecenia dietetyczne pozwalają bowiem na stosowanie produktów z rafinowanych zbóż (biały ryż, chleb i makarony z białej mąki), które przyczyniają się do rozwoju cukrzycy i otyłości.

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej na temat glutenu, to zapraszam tutaj: Chleb nas zabija! Dieta bez pszenicy. Kiedy przejdziesz już przez wszystkie zalecenia, to na końcu książki możesz spodziewać się bonusu, czyli przepisów na pyszne i zdrowe dania. Będzie i sałatka i risotto i kotleciki. Nic tylko gotować. Spróbuj z coachem. Nic nie tracisz, a zyskać możesz bardzo wiele.

środa, 13 kwietnia 2016

Social Media: Start - Jason Hunt (Tomek Tomczyk) | Recenzja książki

Doczekałam się i kozy i zadowolenia

Dwa tygodnie. Tyle czekałam na nową książkę Jasona Hunta (Tomka Tomczyka). E-maila sprawdzałam chyba z 20 razy, moja przesyłka musiała się przewalić aż przez 6 stacji pocztowych, ale dotarła. Cała i zdrowa, no i oczywiście z kozą. Nie, żebym na tę kozę jakoś szczególnie czekała, ale tak, miałam nadzieję, że się pojawi i doczekałam się. Jako że apetyt na książkę Social Media Start sięgnął zenitu, zaczęłam czytać odrzucając na bok wszystkie obowiązki (nawet moje ukochane flaczki, które z godziny na godzinę były coraz zimniejsze).
Social Media Start

Social Media Start - Jason Hunt

Wydawnictwo: Jason Hunt Books
Stron: 238

Trzęsącymi się rękoma zaczęłam rozpakowywać przesyłkę. Iwonki się postarały. Książka była dobrze zakutana, a to w folię, a to w kartony. Bez noża nie dało rady ruszyć, ale jakoś wyszła. Wyglądała świetnie. Naprawdę. Nowoczesna, czytelna i w pewnym sensie minimalistyczna okładka od razu informowała, że z wydaniem się postarali. W środku jeszcze lepiej, kolorowo, rysuneczki, KOZA, ładny układ. No bajka. Papier bielutki, a nie jakaś tandetna srajtaśma. Dopracowane, ułożone, no miód malina. Myślę sobie, nie będę chwalić dnia przed zachodem słońca, zaczynam czytać.

Social Media Start - pokaż kotku co masz w środku


Prolog charakterystyczny dla Tomka, czyli dobry. Motywuje, ale i sprowadza na ziemię. Plus za brak obietnic w stylu "uczynię z Ciebie boga social media". Zaczynamy od zera, Jason Hunt obala 9 mitów, w które wierzą blogerzy. Z pewnością nie Ci z blogowej śmietanki, ale takie ot przeciętniaki. Dlaczego tak sądzę? Wydaje mi się, że naprawdę dobry bloger, nauczony własnym doświadczeniem nie wierzy już w te bajki, w te wzniosłe ideały. Blogowanie to biznes, to dla niektórych ludzi sposób na życie i czas najwyższy, żeby pewne rzeczy zrozumieć. Tutaj są one krótko i zwięźle wytłumaczone. Nie do przemyślenia. Do zapamiętania i wbicia sobie do zakutego łba.

Po krótkich rozważaniach nad przyszłością blogera przechodzimy do budowania jego chatki. Krok po kroku. Najpierw kopiemy dziurę w ziemi (coby fundamenty wylać), później bierzemy przyczepkę i dajemy po cegłę. Jak jest już cegła, to zakasujemy rękawy, kielnia w dłoń i do roboty. Nie ma lekko, nic samo nie przyjdzie ani z nieba nie spadnie. Żaden popularny bloger nie kupił sobie gotowej chatki, każdy ją budował i to w pocie czoła. Pot kolokwialnie mówiąc, lał się po dupie, ale budować trzeba było.

W książce mamy wytłumaczone podstawowe elementy strategii SEO. Nie oszukujmy się, pozycjonowania i optymalizacji nikt dla jaj nie wymyślił ani koza też ich nie wybeczała. Są po prostu potrzebne i pewnych rzeczy trzeba się w tym względzie nauczyć. Sama nie twierdzę, że bez tego stropu się nie zaleje, ale wiem z doświadczenia, że SEO pomoże nam szybciej zmieszać beton.

Nikt nie czyta pierwszych tekstów na blogach.

Z tym się akurat prawie zgadzam, no chyba, że do pisania zabiera się ktoś, kto już jakieś pojęcie w tym temacie ma  urodzi mu się coś znośnego. Może nie czytają ich czytelnicy, których pozyskujemy na stałe, ale jak się dobrze zoptymalizuje, to czytać będą. Jeden z moich pierwszych tekstów na tym blogu (12 powodów, dla których warto czytać książki) ma więcej odsłon niż mój jakikolwiek inny tekst. Nie mówię już o tym, że korzysta z niego połowa polskich szkół i bibliotek. :-)

A kto to tam jednym okiem podgląda?

Jason Hunt w Social Media Start pomoże Ci realnie spojrzeć na swoje możliwości, na perspektywy, jakie się przed Tobą otwierają i dobrać odpowiednie metody, dzięki którym te rokowania będą lepsze. Zobaczysz, jak ogarniać Facebooka, Instagrama, Snapchata, korzystać z narzędzi takich jak Brand24 i gdzie zaglądać, żeby się to wszystko jakoś kręciło.

Eksperymentuj, przy czym nie ulegaj złudzeniu, że jeśli parę razy uda ci się wypromować tekst wrzucony w środku nocy, to znaczy, że twoją społecznością są nietoperze.

Dostaniesz też gotowe sposoby na to, żeby wybić się z tłumu, pocieszenie w czasie pierwszego, kryzysowego miesiąca blogowania i odpowiedzi na wiele pytań. Klarownych i prostych odpowiedzi, co nie znaczy, że autor pozuje na nieomylnego. Blogowanie to praktyka prób i błędów, a Napoleon powiedział kiedyś, że "Na wojnie ten wygrywa, kto najmniej błędów popełnia". Do tego trzeba się zabrać z głową i z wiedzą albo od zera i samemu zaliczyć pewne wpadki. Tylko po co, skoro są takie poradniki jak ten i możesz wziąć w łapę, przeczytać i zaoszczędzić parę lat tłuczenia głową o ścianę. Bo Ci nie wychodzi, bo miało być tak pięknie, ale jak zwykle się zesrało.

Jest koza jest impreza


Proszę Państwa oto Tomkowa koza


Nie zesra się, jeżeli się przyłożysz, no chyba, że nie masz serca, czasu (tak jak ja) albo chęci. Ale zawsze możesz zacząć budować newsletter o ile chęci i czas się znajdą, możesz znaleźć sobie substytut własnej kozy. Autentycznie coś w tym jest. Ja nie czekam na to, co Tomek napisze w nowym e-mailu. Mnie interesuje tylko "cześć kochanie" i nowa koza. Jeżeli subskrybujesz jego newsletter, to wiesz, o co chodzi. Jeżeli nie, to zapisz się, chociaż po to, żeby zrozumieć, o co z tą kozą chodzi.


Na końcu książki główne postaci ładnie Ci się przedstawią i dostaniesz zachętę do kupienia innych książek autora. Wszystko będzie tak, jak być powinno. Social Media Start odłożysz na półkę usatysfakcjonowany i będzie happy end. Mnie się podobało, może spodoba się i tobie. Ja natomiast zabieram się za "Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj", bo przyszedł w jednej paczce, ale jakoś nowa kręciła mnie na ten moment bardziej. Do Social Media Start przyczepić się nie mogę. Po prostu rzetelna, super wydana książka. Będzie miała branie, a i na piesie i na kozę zarobi.

czwartek, 31 marca 2016

Opowieści kota z szuflady - Magdalena Celuch | Recenzja książki

Dziecinna historia z dorosłym dnem

Bardzo często zgłaszają się do mnie młodzi twórcy, którzy oferują wysłanie mi egzemplarza recenzenckiego swojej książki. Jak wiadomo, z debiutami różnie  bywa, więc raczej ostrożnie podchodzę do takich propozycji. Kiedy jednak napisała do mnie młodziutka, śliczna autorka książki "Opowieści kota z szuflady", wręcz nie miałam serca odmówić. Czy to był dobry krok? Tego dowiesz się już za chwilę. ;-)

Opowieści kota z szuflady

Opowieści kota z szuflady - Magdalena Celuch

Wydawnictwo: Grafit Kraków
Stron: 120

Książeczka jest niewielka, to jedna z tych, które czyta się w ciągu jednego dnia i za jednym podejściem. Na pierwszy rzut oka wygląda na propozycję dla dzieci, ale można się przy tym bardzo pomylić. Owszem, książka dedykowana jest raczej młodszym czytelnikom, ale każdy dorosły będzie w stanie wynieść z niej coś dla siebie.

Na uwagę zasługują przede wszystkim krótkie rozdziały. Każdy z nich ma maksymalnie kilka stron, a druk jest wyraźny i wykonany z zastosowaniem dużej czcionki. Dzięki temu samo czytanie jest przyjemne i nie męczy wzroku (co w moim przypadku jest ogromną zaletą). Piszę oczywiście o tym, jak książka wygląda, ale Ciebie ciekawi zapewne, dlaczego warto ją przeczytać? A warto i tego jestem pewna. Nie zrażaj się tym, że początek może wydawać Ci się nieco infantylny i nudny. To ma swój cel. Celem tym jest ewolucja opowieści.

 Co mówił kot z szuflady?


"Opowieści kota z szuflady" to historia dziewczynki, która znajduje na strychu domu dziadków kota, a właściwie jego ducha. Mało tego, kot siedzi w szufladzie i pozuje na prawdziwego arystokratę. Dziewczynka zaczyna rozmawiać z kotem. Początkowo są to rozmowy nieśmiałe, ale z czasem zarówno kot, jak i dziewczynka otwierają się i zaczynają prowadzić ze sobą coraz dojrzalsze konwersacje.

Nie ma sytuacji bez wyjścia. Jeśli czegoś nie można osiągnąć jednym sposobem, pozostają inne. Wiesz, marzenia mają zwykle wysokie poczucie własnej wartości, zresztą bardzo słusznie. Dlatego, aby przekonać je do spełnienia, trzeba się zazwyczaj nieźle natrudzić. Muszą wiedzieć, że naprawdę ci zależy. Ale z drugiej strony są też uparte i łatwo od ciebie nie odejdą. Tak samo jak nadzieja. Pozbycie się jej jest chyba jeszcze trudniejsze niż przetrwanie rozczarowania.
 
Przyznasz, że dość ciekawe stwierdzenia rodzą się w głowie autorki, która w momencie pisania miała zaledwie 12 lat. Fakt faktem książka mogła być dopracowana później, ale nawet w wieku 20 lat (i to w tych czasach), trzeba takim ludziom bić pokłon. Magdalena Celuch ubrała mądre rozważania w lekką i nieco mylącą formę. Wydaje nam się, że czytamy prostą książeczkę, ale na jej kartach przewijają się raz za razem naprawdę głębokie i trafne przemyślenia. Widać wyraźnie, że nawet kot z szuflady jest nas w stanie czegoś nauczyć, a skoro on to potrafi, to każda chwila życia edukuje nas tak samo.

Opowieści kota z szuflady... na szufladzie


Książka zmusza do refleksji nad miłością, przyjaźnią, dążeniami, dorastaniem. Nad wszystkim tym, czego każdy z nas doświadcza w życiu. Jeżeli wpadnie Ci w ręce, z pewnością miło spędzisz z nią czas. "Opowieści kota z szuflady" będą miłą odmianą od lektur, które znałeś do te pory. Sama ta odmiana wniesie powiew świeżości, a ta będzie jak znalazł na ten piękny, wiosenny czas.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Content marketing po polsku - Barbara Stawarz | Recenzja książki

Baśka, czyli ogromny krok w kierunku content marketingu.

Z racji pracy zawodowej interesuje się mocno kwestiami marketingu tradycyjnego, jak również marketingu treści. Zmieniające się zasady, nowe pola ekspansji, nowe oczekiwania i cele zmuszają nas do jeszcze lepszego zaprezentowania się potencjalnym odbiorcom. Dziś można to łatwo uczynić poprzez content marketing, ale trzeba opierać się na działaniach, które sprawdzą się w naszej rzeczywistości. Żeby ułatwić to zadanie, Barbara Stawarz proponuje nam (bądź co bądź świetną) książkę "Content marketing po polsku".

Content marketing po polsku

Content marketing po polsku - Barbara Stawarz

Wydawnictwo: PWN
Stron: 146

Książką jest objętościowo niewielka. Przyznam szczerze, że kiedy wzięłam ją w dłonie, zadałam sobie pytanie: to tyle tylko? Niemniej jednak okazuje się, że sama forma książki jest tym, czego uczy nas content marketing. W minimalnej formie skumulowano maksymalną treść, bez lania wody, bez zbędnego rozdmuchiwania. Jest rzeczowo, konkretnie i zrozumiale a tego właśnie od takich książek oczekuje. Przeczytanie książki to dwie, trzy godziny, w zależności od tempa, ale dawka informacji jest naprawdę potężna.

Czego uczy nas Barbara Stawarz?


Poradnik "Content marketing po polsku" może i jest schematyczny, ale o to tu właśnie chodzi. Autorka zaczyna od podstaw, po kolei przechodzi przez wszystkie zagadnienia, dając nam w danym momencie tylko tyle wiedzy, ile na daną chwilę potrzebujemy. Zaczynamy od budowania persony, czyli tworzenia swojej marki, tego, co chcemy na jej temat zakomunikować klientom i ustalenia sposobu, w jaki ta komunikacja nastąpi. Kiedy przejdziemy przez podstawy, zaczyna się właściwa część książki, czyli zagadnienia webwritingu. Stawarz pisze o tym, jak powinny wyglądać teksty blogowe, wpisy na portalach społecznościowych i e-maile. Odnosi się jasno do sposobu, w jaki czytane są teksty w internecie, a także przekazuje nam informacje dotyczące wymaganej długości i formy tekstów.

W dalszych krokach dostajemy jasną wykładnię tego, jak stworzyć kampanię content marketingową i czego użyć do jej tworzenia. Na koniec oczywiście bardzo obszerny smaczek, czyli metody dystrybuowania stworzonych przez nas treści i prognoza rozwoju content marketingu. Czyli, innymi słowy, wszystko, czego potrzebuje początkujący marketer bądź copywriter i co przyda się jako powtórka tym, którzy już temat po części znają.

Mimo dynamicznie zmieniających się i regularnie aktualizowanych algorytmów Google'a, pewne jest to, że Google ceni witryny bogate w treści. Jak wynika z danych Hitwise, spada liczba użytkowników, którzy w poszukiwaniu treści wpisują w wyszukiwarkę 2-3 słowa, natomiast rośnie liczba tych, którzy wpisują 4-5, a nawet 8 słów.*

*Widać wyraźnie, jak ważny staje się tzw. long tail, czyli długi ogon.

Poradnik jak podręcznik, ale i tak dobry


Struktura książki przypomina szkolny podręcznik, mamy rozdziały i podrozdziały, a także mnóstwo rysunków, które obrazowo tłumaczą nam, jak zastosować pewne wybiegi w praktyce. Obecność rysunków wzbogaca poradnik, czyni go bardziej praktycznym, chociaż co niektórym taka forma może zbyt bardzo przypominać szkolne czasy. Ja tam tęsknie za nimi niezmiernie, więc budowa książki wcale mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.

Duży krok w kierunku content marketingu



Czego możesz oczekiwać po tej książce?

 

  • Z pewnością zrozumienia postaw i dążeń odbiorców treści.
  • Lepszego "wstrzelenia" się w Twoją grupę docelową.
  •  Kierowania przekazu bezpośrednio do kobiet.
  • Tworzenia treści, które będą maksymalnie użyteczne.
  • Wykorzystania skutecznych narzędzi, które być może do tej pory pomijałeś.

Poradnik jest przejrzysty, czytanie można przerwać w każdym momencie i zawsze wiesz, gdzie kończysz. Rozdziały są krótkie, powiązane ze sobą, a zagadnienia stopniowo rozwijane. Co do treści i samego przekazu, to nie ma się do czego przyczepić, książka doskonale spełnia założenia content marketingu. Na minus prezentują się jedynie wspomniane wcześniej rysunki, gdyż ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Nie jest to mistrzostwo grafiki i stylu, ale z drugiej strony skoro wszystko widać i wszystko jest jasne, to bez sensu byłoby zawyżać cenę książki tylko dla uzyskania lepszej jakości wydruku. Tak jak jest teraz, jest dobrze.



"Content marketing po polsku" przekazuje nam jedną i dziś chyba dla wszsytkich jasną zasadę - content is king. Z tym zgadzam się całkowicie, gdyż działania, jakie sama podejmuje i z jakimi mam styczność pokazują dobitnie, że teraz nie ilość się liczy, a jakość, nie rozczłonkowane działania, ale skupione wokół konkretnych celów i realizowane konkretnymi metodami.

Po drugie, przestań tworzyć content dla samego tworzenia treści. Zamiast tego twórz biznesowego bloga dla Twoich czytelników. Na koniec odpowiedz sobie na pytanie: czy strategia bloga pozwala angażować Twoich czytelników i daje im to, czego pragną.
Jeżeli piszesz, chcesz pisać lub pisałeś, ale Ci nie wyszło, polecam zapoznać się z poradnikiem "Content marketing po polsku". Bez względu na to, czy tworzysz osobistego bloga, czy też pracujesz w agencji reklamowej, serwisie internetowym czy gdziekolwiek indziej, gdzie tworzy się content, ta książka jest dla Ciebie. Czas poświęcony na jej przeczytanie przełoży się automatycznie na lepsze efekty Twoich działań, a to jest przecież najważniejsze. Wszak wszystko, co robimy, ma przynieść nam jakąś korzyść.

Jeżeli przeczytałeś, ale i tak nie wiesz, jak tworzyć content marketing albo umiesz, ale (zdarza się) nie chce Ci się, daj mi znać - na każdego gada znajdzie się jakaś rada. :-)


Książkę dostarczyła księgarnia internetowa Lovebooks.pl.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky | Recenzja książki

Polski Dan Brown w spódnicy - cud, miód i orzeszki...


Kocham mroczne klimaty, nieodkryte dziejowe zagadki, wszystko to, co sprawia, że w głowie pojawia się pytanie: a co by było gdyby? To są moje klimaty i kiedy widzę coś, co mogłoby się w nie wpisywać, wyciągam łapki i od razu chce brać. Nie inaczej było, kiedy napisała do mnie autorka książki "Ani żadnej rzeczy" - Sandra Borowiecka.

Przyznam szczerze, że spodobał mi się podesłany przez nią opis książki, ale po chwili zastanowiłam się, czy to aby nie będzie kolejny niewypał, jakich podesłano mi już wiele. Na szczęście się myliłam, to było to, co tygrysy lubią najbardziej.

Ani żadnej rzeczy

Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky

Stron: 234
Wydawnictwo: Szpalta

Od początku uderzało mnie w tej książce podobieństwo do Kodu Leonarda da Vinci, na początku myślałam sobie nawet, że może będzie to próba powielenia tego w innym schemacie, ale znowu pudło. Książka była inna, autonomiczna, co prawda kojarzyła się momentami ze słynnym kodem, ale pozostała sobą. Jestem ostatnio bardzo wybredna, jeżeli chodzi o książki. Naprawdę aż sama się sobie dziwię, jednakże kiedy mówię, że coś mi się podobało, to musiało być to naprawdę dobre. Ani żadnej rzeczy była dobra.

Tego było mi teraz trzeba


Co ciekawe ta książka idealnie wpisała się w moje ostatnie zainteresowania. Dosłownie kilka tygodni przed jej odebraniem zaczęłam się bardzo mocno interesować II wojną światową i sylwetkami najważniejszych, nazistowskich notabli. Dzięki temu nic mnie nie zaskoczyło, postacie takie jak Otto Rahn czy hasła takie jak Źródło Życia były mi doskonale znane, a dzięki temu powieść zrozumiała i całkiem rzeczywista. Gdyby nie te wcześniejsze zainteresowania, podejrzewam, że nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia. Mało tego, ja dość mocno utożsamiam się z przekonaniami autorki i dzięki temu automatycznie ją polubiłam. :)

Książka Sandry Borowieckiej


Kinga do rzeczy - o czym to jest?


Książka "Ani żadnej rzeczy" to historia Soni, która została wplątana w zagadkę liczącą sobie - nie tak, jak można podejrzewać, dziesiątki lat - ale wręcz tysiące lat. Niczego nieświadoma Sonia traci babcię, przyjeżdża zidentyfikować i odebrać jej ciało, ale okazuje się, że babcia zostawiła jej niespodziewaną i dość złowrogą schedę. Wychodzi na jaw, że Sonia wcale nie jest tą osobą, jaką przez całe życie myślała, że jest. W odkryciu prawdy pomoże jej ksiądz Piotr i wielu innych, mniej lub bardziej przypadkowych bohaterów.

Jeżeli jesteśmy już przy bohaterach, to ich tu naprawdę nie brakuje, przez cały czas pojawia się ktoś nowy, wpada na chwilę, jak po ogień, namąci, zostawi jeszcze więcej problemów i zniknie, a biedna Sonia... no cóż, jej delikatność będzie walczyć z uporem i odwrotnie. Raz zapłacze, raz zaciśnie zęby, ale zrobi co trzeba.

Poniosła się, i stanęła jak wryta, z szeroko otwartymi ustami gapiąc się po kolei na każde płótno oprawione w miedziane ramy, jakby nie mogła uwierzyć w dwuznaczność, jaka cechuje postać Jezusa. Cokolwiek autor lub autorka, miał na myśli, wykazał się daleko idącą odwagą, podobnie jak ten, kto zdecydował się zawiesić je na ścianie w kaplicy.

Najeździ się bidula, naryczy i nawkurwia (ups - nadenerwuje), ale w końcu otworzą się jej oczy. Dowie się, kim jest i co ma zrobić. Nigdy nie będzie wiedziała kto jest jej przyjacielem, a kto wrogiem. Tak naprawdę wśród tłumu ludzi będzie mogła liczyć tylko na siebie.

Jedna rzecz tylko mnie wkurzy w całej lekturze - zakończenie. To końcówka tego typu, jak w serialu, zostawiają Cię w najbardziej traumatycznym momencie i idą litery. Dobrze, że autorka ma zamiar powieść kontynuować, bo bym się tam do niej przejechała osobiście, co by mi zakończenie przedstawiła jak się należy. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejną część. Opłaca się, bo przyjemne to było, edukujące i dające do myślenia. To książka w stylu tych, które po zakończeniu zawsze pozostawiają za sobą pytania, domniemania i niedopowiedzenia. Które wyrywają człowieka z codziennego letargu i mówią: ej, a weź spójrz na to pod innym kątem.

Jeżeli "Ani żadnej rzeczy" S.M. Borowiecky wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się. Brać, kupować lub wypożyczać i do domu z tym. Długie nie jest, czyta się lekko, na taką aurę jak teraz to w sam raz. Ten, kogo pasjonuje religia i wojna, będzie wniebowzięty, a i na okładkę ładną można popatrzeć i strony powąchać, bo pachną ładnie, jak mało które. Ja tam książki wącham, takie mam literackie zboczenie i powiem wam, że jedne drugim nierówne. Na tej książce nawet zasnąć możecie i będzie jak ten plasterek Aromactiv czy jak mu tam.

Borowiecka dobrze pisze i zna się kobita na rzeczy, można ją wziąć do pociągu, do łóżka, na nudny wykład albo na wakacje i nie zawiedzie. Dostarczy informacji, ruszy wam trochę komórki mózgowe i zostawi w niedosycie - tak jak być powinno.

czwartek, 17 grudnia 2015

Jak wybrać dobry czytnik e-booków?


Chodzi Ci po głowie zakup czytnika e-booków, ale w sklepach jest tak duży wybór, że nie masz pojęcia, na co postawić? Spokojnie. Zebrałam całą swoją wiedzę i stworzyłam poradnik, dzięki któremu uda Ci się kupić idealny czytnik. Nie musisz na niego wydać kroci. Wystarczy tylko, żeby posiadał wszystko to, z czego zechcesz skorzystać.

Czytnik Amazon (źródło: czytniki-ebookow.kepo.pl)


Jak wybrać czytnik e-booków? Krok 1 – Czego potrzebujesz?


Zanim zdecydujesz się na konkretny czytnik i zaczniesz sprawdzać oferty, zastanów się, czego tak naprawdę potrzebujesz. Jak często masz zamiar czytać e-booki, raz w tygodniu przez godzinę czy codziennie? Na czym najbardziej Ci zależy, na lekkości czy na dużym ekranie? Masz wadę wzroku i potrzebujesz czegoś solidnego, czy jesteś mało wybrednym użytkownikiem i wolisz kupić taniej? Określenie podstawowych wymagań jest pierwszym i najważniejszym krokiem, który musisz wykonać, zanim puścisz się w pęd między sklepowymi półkami.

Co musi mieć dobry czytnik e-booków?


Jest przynajmniej kilka parametrów, na które musisz zwrócić uwagę, jeżeli zastanawiasz się, jaki czytnik e-booków będzie dla Ciebie najlepszy. Parametrami tymi są:


1. Jakość czytnika


Jak zapewne wiesz, w sklepach są zarówno czytniki za 200 zł, jak i takie, które kosztują około 1000 zł. Modele z wyższej póki różni do tych najtańszych przede wszystkim jakość obudowy. Jeśli nie chcesz się martwić, że czytnik ulegnie zniszczeniu po pierwszym upadku (a uwierz mi, upuścisz go w ciągu pierwszego tygodnia), to stawiaj na taki model, który będzie wykonany z solidnego tworzywa. Czytnik e-booków nie może się uginać pod palcami, między ekranem a obudową nie może być luzów, a klapka od baterii musi trzymać solidnie. Sprawdź w specyfikacji, czy dany czytnik wykony jest z materiału antypoślizgowego, bo inaczej w gorące lato będziesz siedział przy nim w rękawiczkach.

2. Wyświetlacz czytnika


Pierwsza i najważniejsza sprawa to rodzaj wyświetlacza. Wystrzegaj się ekranów LCD, bo czytniki, które je posiadają, to po prostu słabe tablety, a nie urządzenia, które nadają się do czytania e-booków. Dobry czytnik powinien mieć papier elektroniczny, czyli taki rodzaj ekranu, który jak najmocniej imituje wrażenie czytania papierowej książki. Papier elektroniczny tak, LCD nie. Tutaj nie ma żadnej dyskusji. Z papierem nie zaskoczą Cię żadne odblaski słoneczne, a nawet po wielu godzinach czytania Twoje oczy nie będą wyglądały jak dwa pomidory.

Obecnie najlepsze „papierowe ekrany” znajdziesz w czytnikach PocketBook Ultra, Kindle Paperwhite i inkBOOK Onyx.

Dodatkowo Twój idealny czytnik e-booków musi być wyposażony w podświetlany ekran, a podświetlenie powinno być regulowane. Raz czytasz przecież w ostrym świetle, innym razem w warunkach słabszego oświetlenia. Jeżeli chodzi o rozdzielczość, to nie żałuj sobie. HD, które daje nam 1024×758 pixeli to po prostu wyraźniejsze litery i przyjemniejsze czytanie. Z mniejszą rozdzielczością możesz widzieć pojedyncze pixele na przykład w ilustracjach e-booka.

Dla wymagających użytkowników, którzy chcą swój czytnik wykorzystywać jeszcze jako tablet, produkowane są urządzenia z dotykowym wyświetlaczem. Co prawda są droższe, ale jeżeli nie chcesz oszczędzać, a operowanie ekranem to coś dla Ciebie, to czemu nie? Nie zapominaj też o kontraście, ten 6:1 to takie minimum, ale lepiej będzie wybrać jeszcze wyższy kontrast. Istotne są też poziomy szarości. Maksymalnie może być ich aż 16 i jeżeli dany czytnik ma od 12 do 16 poziomów, to jest już naprawdę bardzo dobry.

3. Rozmiary – jak wybrać czytnik ebook pod kątem wielkości?


Jeżeli zależy Ci na maksymalnej mobilności i nie chcesz przepłacać za czytnik, to wybierz model 6 lub 7 cali. Jeżeli jednak na sercu leży Ci maksymalny komfort czytania, to celuj w większe ekrany. Jasne jest, że czytnik 10 lub 12 cali da Ci większy obraz, a tym samym nie będziesz musiał wysilać tak wzroku. Czasami warto zrezygnować z lekkości właśnie na rzecz większego ekranu i będzie to naprawdę rozsądny wybór. No chyba że szukasz czytnika dla dziecka, to wtedy nie szarżuj, bo 12 cali może być dla malucha po prostu zbyt toporne.

4. Słownik w czytniku – bez nie bierz


Słownik przydaje się zawsze i wszędzie, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Dlatego też, jeżeli masz możliwość kupienia czytnika ze słownikiem, a nawet z różnojęzycznymi słownikami, to bierz i nie pytaj o nic.


5. Obsługa różnych formatów plików


Wyobraź sobie, że kupujesz swój piękny czytnik, wracasz z nim do domu, wgrywasz w-booka w formacie MOBI i okazuje się że… No właśnie nic się nie okazuje, bo ten format Ci nie działa. Zawsze, ale to zawsze, kiedy zastanawiasz się, jak wybrać czytnik książek, sprawdzaj, czy dany model obsługuje wszystkie formaty, czyli PDF, EPUB, MOBI, TXT, DOC i inne. Dzięki możliwości obsługi różnych formatów nie będzie miało dla Ciebie znaczenia, jaki e-book kupisz lub wypożyczysz.

6. Pamięć czytnika


Im więcej pamięci, tym lepiej. Wystrzegaj się czytników, które mają 512 MB pamięci, bo co jesteś w stanie pomieścić w takiej wielkości? Na czytniku nie zapiszesz żadnej książki, tylko od razu przyjdzie Ci dokupować do niego kartę SD. Dlatego też wbudowana w czytniku e-booków pamięć powinna być liczona w GB. Nie kupuj niczego, co ma mniej niż 4 GB, a jeśli czytasz dużo i dużo chcesz też zapisywać, to celuj w pojemności 8, 16 lub 32 GB.


7. Bateria, czyli jak wybrać czytnik, żeby nie siedzieć przy gniazdku?


Pojemny akumulatorek to podstawa w czytniku. W sytuacji, kiedy bateria będzie słaba, to nie uda Ci się doczytać nawet jednego rozdziału, a już trzeba będzie się rozglądać za ładowarką. Jeżeli marzy Ci się zabieranie czytnika w długie podróże, to szukaj takiego urządzenia, które jest w stanie pracować na jednym ładowaniu minimum przez kilka godzin. Radzę skłaniać się w kierunku czytników, które wyposażone są w baterie 1400 – 1800 mAh. Poniżej 1000 mAh to się ze swoim czytnikiem za długo nie pobawisz.

8. Waga czytnika


Możesz kupić czytniki, które ważą od około 150 gramów (tyle co nieduży telefon) do około pół kilograma. Wiadome jest, że im większy rozmiar i pojemniejsza bateria, tym waga idzie w górę. Czasami trudno jest znaleźć taki złoty środek między mocną bateria, duży ekranem a w miarę niską wagę. Mimo to szukaj go. Zawsze da się dopasować coś, co będzie Ci najbardziej odpowiadać.

9. Dodatkowe funkcje czytników


Osoby, które szukają informacji na temat tego, jak kupić czytnik e-booków, powinny mieć też świadomość dodatkowych funkcji, jakie mogą mieć te urządzenia.
·        Wodoodporna obudowa – oczywiście chyba nie przyjdzie Ci do głowy, żeby czytać podczas nurkowania, ale jeżeli lubisz plener i lekki deszczyk Ci nie straszny, to szukaj wodoodpornego czytnika.
·        Aparat fotograficzny – po co kupować osobno czytnik i tablet, skoro można mieć jedno urządzenie, które spełni obie te funkcje. Aparat w czytniku, system, dotykowy ekran i inne bajery sprawią, że czytnik stanie się wielofunkcyjny.
·        Kolorowy ekran – drogie, wypasione czytniki mają kolorowy ekran, ale nie we wszystkich modelach jest on wystarczająco dopracowany. Jeżeli zależy Ci na kolorowym wyświetlaczu, to sprawdź go dokładnie przed zakupem.
·        Odtwarzacz MP3 – czemu by nie posłuchać ulubionej muzyki podczas czytania? Za obsługę plików mp3 w czytniku nie trzeba dopłacać, więc warto szukać takiego, który będzie posiadał tę funkcje. Tutaj wymagane będzie też wejście słuchawkowe, bo nie zawsze możesz słuchać muzyki bezpośrednio przed głośniki.
·        Moduł Wifi  i Bluetooth – wyobrażasz sobie życie bez Wifi? Ja nie i jeżeli mam Ci poradzić, jaki czytnik ebooków kupić, to powiem wprost: kup ten z WiFi. Nie pogardź również Bluetooth, teraz jest to już standard.
·        Funkcja Text to Speech – dzięki niej tekst elektronicznej książki zostanie przełożony na mowę, a Ty, zamiast czytać, możesz posłuchać treści.
·        Dyktafon – bardzo przydatna funkcja, jeżeli chcesz zrobić głosowe notatki z czytanej lektury.

(źródło: blog.czytio.pl)


Czy warto kupić czytnik e-booków?


Jeżeli męczy Cię dźwiganie ciężkich książek, a lubisz czytać i chętnie sięgasz po e-booki, to czytnik jest idealnym rozwiązaniem. Przede wszystkim oszczędzisz dzięki niemu miejsce, a dodatkowo wszystkie swoje książki możesz trzymać w jednej, wirtualnej bibliotece. Nie będą się kurzyć ani niszczyć, a Ty zyskasz do nich dostęp bez względu na to, gdzie się znajdziesz. Jeżeli jeszcze Cię to nie przekonujesz, zobacz dlaczego warto wybrać ebooka.

Modele


Jeżeli nadal masz w głowie mętlik i nie wiesz, jaki czytnik e-booków wybrać, przygotowałam małą ściągę z konkretnymi modelami  (od najdroższego do najtańszego) i ich orientacyjnymi cenami.

1. Amazon Kindle Voyage – czytnik ma wszystko, czego możesz chcieć i wiele więcej, ale jego koszt to ponad 1200 zł. 16 odcieni szarości, 8 godzin pracy na baterii i dotykowy „papierowy ekran" zapewnią Ci maksymalny komfort podczas lektury.

2.  Amazon Kindle Peperwhite 3 – koszt czytnika to około 650 zł. Z tę cenę dostajemy rozdzielczość rzędu 1448x1072, 4GB pamięci, podświetlany i dotykowy ekran, a także obsługę WiFi i możliwość ładowania czytnika przez USB. Nowoczesny rodzaj czcionki i dobrej jakości elektroniczny papier sprawią, że na ten czytnik nie powinni narzekać nawet dość wymagający użytkownicy.

3. Pocketbook Basic 2 – czytnik kosztuje około 270 zł, obsługuje wszystkie formaty plików, posiada Wifi i ekran o wielkości 6 cali. Jest lekki i poręczny jednakże nie obsługuje plików muzycznych, a jakość wyświetlacza pozostawia wiele do życzenia. To model który sprawdzi się wtedy, kiedy czytamy e-booki sporadycznie.

Mam nadzieję, że teraz wiesz już, jak wybrać czytnik e-book i wizyta w sklepie stacjonarnym lub internetowym zakończy się owocnym zakupem. Teraz jest dobry czas na kupienie czytnika, bo w związku ze świątecznymi promocjami możemy sporo zaoszczędzić. Tak więc za portfele i do kasy gotowi? Start!