poniedziałek, 1 lutego 2016

Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky | Recenzja książki

Polski Dan Brown w spódnicy - cud, miód i orzeszki...


Kocham mroczne klimaty, nieodkryte dziejowe zagadki, wszystko to, co sprawia, że w głowie pojawia się pytanie: a co by było gdyby? To są moje klimaty i kiedy widzę coś, co mogłoby się w nie wpisywać, wyciągam łapki i od razu chce brać. Nie inaczej było, kiedy napisała do mnie autorka książki "Ani żadnej rzeczy" - Sandra Borowiecka.

Przyznam szczerze, że spodobał mi się podesłany przez nią opis książki, ale po chwili zastanowiłam się, czy to aby nie będzie kolejny niewypał, jakich podesłano mi już wiele. Na szczęście się myliłam, to było to, co tygrysy lubią najbardziej.

Ani żadnej rzeczy

Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky

Stron: 234
Wydawnictwo: Szpalta

Od początku uderzało mnie w tej książce podobieństwo do Kodu Leonarda da Vinci, na początku myślałam sobie nawet, że może będzie to próba powielenia tego w innym schemacie, ale znowu pudło. Książka była inna, autonomiczna, co prawda kojarzyła się momentami ze słynnym kodem, ale pozostała sobą. Jestem ostatnio bardzo wybredna, jeżeli chodzi o książki. Naprawdę aż sama się sobie dziwię, jednakże kiedy mówię, że coś mi się podobało, to musiało być to naprawdę dobre. Ani żadnej rzeczy była dobra.

Tego było mi teraz trzeba


Co ciekawe ta książka idealnie wpisała się w moje ostatnie zainteresowania. Dosłownie kilka tygodni przed jej odebraniem zaczęłam się bardzo mocno interesować II wojną światową i sylwetkami najważniejszych, nazistowskich notabli. Dzięki temu nic mnie nie zaskoczyło, postacie takie jak Otto Rahn czy hasła takie jak Źródło Życia były mi doskonale znane, a dzięki temu powieść zrozumiała i całkiem rzeczywista. Gdyby nie te wcześniejsze zainteresowania, podejrzewam, że nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia. Mało tego, ja dość mocno utożsamiam się z przekonaniami autorki i dzięki temu automatycznie ją polubiłam. :)

Książka Sandry Borowieckiej


Kinga do rzeczy - o czym to jest?


Książka "Ani żadnej rzeczy" to historia Soni, która została wplątana w zagadkę liczącą sobie - nie tak, jak można podejrzewać, dziesiątki lat - ale wręcz tysiące lat. Niczego nieświadoma Sonia traci babcię, przyjeżdża zidentyfikować i odebrać jej ciało, ale okazuje się, że babcia zostawiła jej niespodziewaną i dość złowrogą schedę. Wychodzi na jaw, że Sonia wcale nie jest tą osobą, jaką przez całe życie myślała, że jest. W odkryciu prawdy pomoże jej ksiądz Piotr i wielu innych, mniej lub bardziej przypadkowych bohaterów.

Jeżeli jesteśmy już przy bohaterach, to ich tu naprawdę nie brakuje, przez cały czas pojawia się ktoś nowy, wpada na chwilę, jak po ogień, namąci, zostawi jeszcze więcej problemów i zniknie, a biedna Sonia... no cóż, jej delikatność będzie walczyć z uporem i odwrotnie. Raz zapłacze, raz zaciśnie zęby, ale zrobi co trzeba.

Poniosła się, i stanęła jak wryta, z szeroko otwartymi ustami gapiąc się po kolei na każde płótno oprawione w miedziane ramy, jakby nie mogła uwierzyć w dwuznaczność, jaka cechuje postać Jezusa. Cokolwiek autor lub autorka, miał na myśli, wykazał się daleko idącą odwagą, podobnie jak ten, kto zdecydował się zawiesić je na ścianie w kaplicy.

Najeździ się bidula, naryczy i nawkurwia (ups - nadenerwuje), ale w końcu otworzą się jej oczy. Dowie się, kim jest i co ma zrobić. Nigdy nie będzie wiedziała kto jest jej przyjacielem, a kto wrogiem. Tak naprawdę wśród tłumu ludzi będzie mogła liczyć tylko na siebie.

Jedna rzecz tylko mnie wkurzy w całej lekturze - zakończenie. To końcówka tego typu, jak w serialu, zostawiają Cię w najbardziej traumatycznym momencie i idą litery. Dobrze, że autorka ma zamiar powieść kontynuować, bo bym się tam do niej przejechała osobiście, co by mi zakończenie przedstawiła jak się należy. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejną część. Opłaca się, bo przyjemne to było, edukujące i dające do myślenia. To książka w stylu tych, które po zakończeniu zawsze pozostawiają za sobą pytania, domniemania i niedopowiedzenia. Które wyrywają człowieka z codziennego letargu i mówią: ej, a weź spójrz na to pod innym kątem.

Jeżeli "Ani żadnej rzeczy" S.M. Borowiecky wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się. Brać, kupować lub wypożyczać i do domu z tym. Długie nie jest, czyta się lekko, na taką aurę jak teraz to w sam raz. Ten, kogo pasjonuje religia i wojna, będzie wniebowzięty, a i na okładkę ładną można popatrzeć i strony powąchać, bo pachną ładnie, jak mało które. Ja tam książki wącham, takie mam literackie zboczenie i powiem wam, że jedne drugim nierówne. Na tej książce nawet zasnąć możecie i będzie jak ten plasterek Aromactiv czy jak mu tam.

Borowiecka dobrze pisze i zna się kobita na rzeczy, można ją wziąć do pociągu, do łóżka, na nudny wykład albo na wakacje i nie zawiedzie. Dostarczy informacji, ruszy wam trochę komórki mózgowe i zostawi w niedosycie - tak jak być powinno.

2 komentarze:

  1. Zainteresowałaś mnie tą książką jak diabli. Uwielbiam Dana Browna, więc wpisuję "Ani żadnej rzeczy" na swoją listę must read :)

    Pozdrawiam,
    Literacki Świat JoKo

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako autorka, jako wydawca, bardzo się cieszę!

    OdpowiedzUsuń

Podziel się swoją opinią dotyczącą wpisu.