poniedziałek, 15 lutego 2016

Content marketing po polsku - Barbara Stawarz | Recenzja książki

Baśka, czyli ogromny krok w kierunku content marketingu.

Z racji pracy zawodowej interesuje się mocno kwestiami marketingu tradycyjnego, jak również marketingu treści. Zmieniające się zasady, nowe pola ekspansji, nowe oczekiwania i cele zmuszają nas do jeszcze lepszego zaprezentowania się potencjalnym odbiorcom. Dziś można to łatwo uczynić poprzez content marketing, ale trzeba opierać się na działaniach, które sprawdzą się w naszej rzeczywistości. Żeby ułatwić to zadanie, Barbara Stawarz proponuje nam (bądź co bądź świetną) książkę "Content marketing po polsku".

Content marketing po polsku

Content marketing po polsku - Barbara Stawarz

Wydawnictwo: PWN
Stron: 146

Książką jest objętościowo niewielka. Przyznam szczerze, że kiedy wzięłam ją w dłonie, zadałam sobie pytanie: to tyle tylko? Niemniej jednak okazuje się, że sama forma książki jest tym, czego uczy nas content marketing. W minimalnej formie skumulowano maksymalną treść, bez lania wody, bez zbędnego rozdmuchiwania. Jest rzeczowo, konkretnie i zrozumiale a tego właśnie od takich książek oczekuje. Przeczytanie książki to dwie, trzy godziny, w zależności od tempa, ale dawka informacji jest naprawdę potężna.

Czego uczy nas Barbara Stawarz?


Poradnik "Content marketing po polsku" może i jest schematyczny, ale o to tu właśnie chodzi. Autorka zaczyna od podstaw, po kolei przechodzi przez wszystkie zagadnienia, dając nam w danym momencie tylko tyle wiedzy, ile na daną chwilę potrzebujemy. Zaczynamy od budowania persony, czyli tworzenia swojej marki, tego, co chcemy na jej temat zakomunikować klientom i ustalenia sposobu, w jaki ta komunikacja nastąpi. Kiedy przejdziemy przez podstawy, zaczyna się właściwa część książki, czyli zagadnienia webwritingu. Stawarz pisze o tym, jak powinny wyglądać teksty blogowe, wpisy na portalach społecznościowych i e-maile. Odnosi się jasno do sposobu, w jaki czytane są teksty w internecie, a także przekazuje nam informacje dotyczące wymaganej długości i formy tekstów.

W dalszych krokach dostajemy jasną wykładnię tego, jak stworzyć kampanię content marketingową i czego użyć do jej tworzenia. Na koniec oczywiście bardzo obszerny smaczek, czyli metody dystrybuowania stworzonych przez nas treści i prognoza rozwoju content marketingu. Czyli, innymi słowy, wszystko, czego potrzebuje początkujący marketer bądź copywriter i co przyda się jako powtórka tym, którzy już temat po części znają.

Mimo dynamicznie zmieniających się i regularnie aktualizowanych algorytmów Google'a, pewne jest to, że Google ceni witryny bogate w treści. Jak wynika z danych Hitwise, spada liczba użytkowników, którzy w poszukiwaniu treści wpisują w wyszukiwarkę 2-3 słowa, natomiast rośnie liczba tych, którzy wpisują 4-5, a nawet 8 słów.*

*Widać wyraźnie, jak ważny staje się tzw. long tail, czyli długi ogon.

Poradnik jak podręcznik, ale i tak dobry


Struktura książki przypomina szkolny podręcznik, mamy rozdziały i podrozdziały, a także mnóstwo rysunków, które obrazowo tłumaczą nam, jak zastosować pewne wybiegi w praktyce. Obecność rysunków wzbogaca poradnik, czyni go bardziej praktycznym, chociaż co niektórym taka forma może zbyt bardzo przypominać szkolne czasy. Ja tam tęsknie za nimi niezmiernie, więc budowa książki wcale mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.

Duży krok w kierunku content marketingu



Czego możesz oczekiwać po tej książce?

 

  • Z pewnością zrozumienia postaw i dążeń odbiorców treści.
  • Lepszego "wstrzelenia" się w Twoją grupę docelową.
  •  Kierowania przekazu bezpośrednio do kobiet.
  • Tworzenia treści, które będą maksymalnie użyteczne.
  • Wykorzystania skutecznych narzędzi, które być może do tej pory pomijałeś.

Poradnik jest przejrzysty, czytanie można przerwać w każdym momencie i zawsze wiesz, gdzie kończysz. Rozdziały są krótkie, powiązane ze sobą, a zagadnienia stopniowo rozwijane. Co do treści i samego przekazu, to nie ma się do czego przyczepić, książka doskonale spełnia założenia content marketingu. Na minus prezentują się jedynie wspomniane wcześniej rysunki, gdyż ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Nie jest to mistrzostwo grafiki i stylu, ale z drugiej strony skoro wszystko widać i wszystko jest jasne, to bez sensu byłoby zawyżać cenę książki tylko dla uzyskania lepszej jakości wydruku. Tak jak jest teraz, jest dobrze.

"Content marketing po polsku" przekazuje nam jedną i dziś chyba dla wszsytkich jasną zasadę - content is king. Z tym zgadzam się całkowicie, gdyż działania, jakie sama podejmuje i z jakimi mam styczność pokazują dobitnie, że teraz nie ilość się liczy, a jakość, nie rozczłonkowane działania, ale skupione wokół konkretnych celów i realizowane konkretnymi metodami.

Po drugie, przestań tworzyć content dla samego tworzenia treści. Zamiast tego twórz biznesowego bloga dla Twoich czytelników. Na koniec odpowiedz sobie na pytanie: czy strategia bloga pozwala angażować Twoich czytelników i daje im to, czego pragną.
Jeżeli piszesz, chcesz pisać lub pisałeś, ale Ci nie wyszło, polecam zapoznać się z poradnikiem "Content marketing po polsku". Bez względu na to, czy tworzysz osobistego bloga, czy też pracujesz w agencji reklamowej, serwisie internetowym czy gdziekolwiek indziej, gdzie tworzy się content, ta książka jest dla Ciebie. Czas poświęcony na jej przeczytanie przełoży się automatycznie na lepsze efekty Twoich działań, a to jest przecież najważniejsze. Wszak wszystko, co robimy, ma przynieść nam jakąś korzyść.

Jeżeli przeczytałeś, ale i tak nie wiesz, jak tworzyć content marketing albo umiesz, ale (zdarza się) nie chce Ci się, daj mi znać - na każdego gada znajdzie się jakaś rada. :-)


Książkę dostarczyła księgarnia internetowa Lovebooks.pl.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky | Recenzja książki

Polski Dan Brown w spódnicy - cud, miód i orzeszki...


Kocham mroczne klimaty, nieodkryte dziejowe zagadki, wszystko to, co sprawia, że w głowie pojawia się pytanie: a co by było gdyby? To są moje klimaty i kiedy widzę coś, co mogłoby się w nie wpisywać, wyciągam łapki i od razu chce brać. Nie inaczej było, kiedy napisała do mnie autorka książki "Ani żadnej rzeczy" - Sandra Borowiecka.

Przyznam szczerze, że spodobał mi się podesłany przez nią opis książki, ale po chwili zastanowiłam się, czy to aby nie będzie kolejny niewypał, jakich podesłano mi już wiele. Na szczęście się myliłam, to było to, co tygrysy lubią najbardziej.

Ani żadnej rzeczy

Ani żadnej rzeczy - S.M. Borowiecky

Stron: 234
Wydawnictwo: Szpalta

Od początku uderzało mnie w tej książce podobieństwo do Kodu Leonarda da Vinci, na początku myślałam sobie nawet, że może będzie to próba powielenia tego w innym schemacie, ale znowu pudło. Książka była inna, autonomiczna, co prawda kojarzyła się momentami ze słynnym kodem, ale pozostała sobą. Jestem ostatnio bardzo wybredna, jeżeli chodzi o książki. Naprawdę aż sama się sobie dziwię, jednakże kiedy mówię, że coś mi się podobało, to musiało być to naprawdę dobre. Ani żadnej rzeczy była dobra.

Tego było mi teraz trzeba


Co ciekawe ta książka idealnie wpisała się w moje ostatnie zainteresowania. Dosłownie kilka tygodni przed jej odebraniem zaczęłam się bardzo mocno interesować II wojną światową i sylwetkami najważniejszych, nazistowskich notabli. Dzięki temu nic mnie nie zaskoczyło, postacie takie jak Otto Rahn czy hasła takie jak Źródło Życia były mi doskonale znane, a dzięki temu powieść zrozumiała i całkiem rzeczywista. Gdyby nie te wcześniejsze zainteresowania, podejrzewam, że nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia. Mało tego, ja dość mocno utożsamiam się z przekonaniami autorki i dzięki temu automatycznie ją polubiłam. :)

Książka Sandry Borowieckiej


Kinga do rzeczy - o czym to jest?


Książka "Ani żadnej rzeczy" to historia Soni, która została wplątana w zagadkę liczącą sobie - nie tak, jak można podejrzewać, dziesiątki lat - ale wręcz tysiące lat. Niczego nieświadoma Sonia traci babcię, przyjeżdża zidentyfikować i odebrać jej ciało, ale okazuje się, że babcia zostawiła jej niespodziewaną i dość złowrogą schedę. Wychodzi na jaw, że Sonia wcale nie jest tą osobą, jaką przez całe życie myślała, że jest. W odkryciu prawdy pomoże jej ksiądz Piotr i wielu innych, mniej lub bardziej przypadkowych bohaterów.

Jeżeli jesteśmy już przy bohaterach, to ich tu naprawdę nie brakuje, przez cały czas pojawia się ktoś nowy, wpada na chwilę, jak po ogień, namąci, zostawi jeszcze więcej problemów i zniknie, a biedna Sonia... no cóż, jej delikatność będzie walczyć z uporem i odwrotnie. Raz zapłacze, raz zaciśnie zęby, ale zrobi co trzeba.

Poniosła się, i stanęła jak wryta, z szeroko otwartymi ustami gapiąc się po kolei na każde płótno oprawione w miedziane ramy, jakby nie mogła uwierzyć w dwuznaczność, jaka cechuje postać Jezusa. Cokolwiek autor lub autorka, miał na myśli, wykazał się daleko idącą odwagą, podobnie jak ten, kto zdecydował się zawiesić je na ścianie w kaplicy.

Najeździ się bidula, naryczy i nawkurwia (ups - nadenerwuje), ale w końcu otworzą się jej oczy. Dowie się, kim jest i co ma zrobić. Nigdy nie będzie wiedziała kto jest jej przyjacielem, a kto wrogiem. Tak naprawdę wśród tłumu ludzi będzie mogła liczyć tylko na siebie.

Jedna rzecz tylko mnie wkurzy w całej lekturze - zakończenie. To końcówka tego typu, jak w serialu, zostawiają Cię w najbardziej traumatycznym momencie i idą litery. Dobrze, że autorka ma zamiar powieść kontynuować, bo bym się tam do niej przejechała osobiście, co by mi zakończenie przedstawiła jak się należy. No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejną część. Opłaca się, bo przyjemne to było, edukujące i dające do myślenia. To książka w stylu tych, które po zakończeniu zawsze pozostawiają za sobą pytania, domniemania i niedopowiedzenia. Które wyrywają człowieka z codziennego letargu i mówią: ej, a weź spójrz na to pod innym kątem.

Jeżeli "Ani żadnej rzeczy" S.M. Borowiecky wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się. Brać, kupować lub wypożyczać i do domu z tym. Długie nie jest, czyta się lekko, na taką aurę jak teraz to w sam raz. Ten, kogo pasjonuje religia i wojna, będzie wniebowzięty, a i na okładkę ładną można popatrzeć i strony powąchać, bo pachną ładnie, jak mało które. Ja tam książki wącham, takie mam literackie zboczenie i powiem wam, że jedne drugim nierówne. Na tej książce nawet zasnąć możecie i będzie jak ten plasterek Aromactiv czy jak mu tam.

Borowiecka dobrze pisze i zna się kobita na rzeczy, można ją wziąć do pociągu, do łóżka, na nudny wykład albo na wakacje i nie zawiedzie. Dostarczy informacji, ruszy wam trochę komórki mózgowe i zostawi w niedosycie - tak jak być powinno.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...