niedziela, 28 kwietnia 2013

Blogi od A do... sławy i pieniędzy

Blogi od A do...
Blogi od A do... sławy i pieniędzy jest e-bookiem, który nurtował mnie od dawna. Wizja połączenia bloga, sławy i pieniędzy, czyli w tym wypadku zarabiania na swoim blogu i zdobycia sławy wynikającej z jego posiadania, kusi zapewne każdego blogera.

Blogi od A... do sławy i pieniędzy - Angus McLeod
Wydawnictwo: Złote Myśli
Stron: 141

Okładka e-booka wygląd bardzo nowocześnie, kolorystyka jest świetnie dobrana i zapewniam was, że treść również powinna przypaść do gustu blogerom. Autor odkrywa przed czytelnikiem zagadki blogosfery, tłumaczy wszystko dokładnie i od podstaw. Czyli zaczynamy od poznania definicji bloga i blogowania oraz idei bloga, jako potencjalnego źródła naszego biznesu. Tyle tytułem wstępu.

Książka podzielona jest na 3 części. W drugiej przechodzimy do właściwej pracy, jaką jest prowadzenie bloga, autor proponuje nam, abyśmy zastanowili się na czym znamy się najlepiej i w jakiej tematyce chcielibyśmy blogować. Dostajemy wytyczne co do wyboru tematów, nazwy i budowania świadomości marki naszego bloga. Ta czysto teoretyczna wiedza, pozwoli nam założyć swojego pierwszego bloga, określić grupę docelową, do której chcemy trafić i zaznajamia z niuansami takimi jak szata graficzna naszego bloga, czcionki, komentarze, czy prawa autorskie. Po zapoznaniu się z częścią pierwszą możemy śmiało zakładać swojego bloga i przystąpić do jego promowania. Angus McLeod omawia nam zagadnienia wyboru hostingu, wymiany linków z innymi blogami, czy też sposoby na generowanie ruchu.

Część trzecia e-booka to praktyczne porady dotyczące zarabiania na istniejącym już blogu. Otrzymujemy wiedzę na temat reklam AdSense, reklam, benerów zamieszczanych na blogach i subskrypcji. Blogi od A do... sławy i pieniędzy to kompletny poradnik dotyczący blogowania, który zadowoli początkującego oraz zaawansowanego twórcę internetowych pamiętników. Wszak zawsze istnieje coś, czego nie wiemy, a co może pomóc nam w prowadzeniu bloga.

W książce czytamy:
Krótko mówiąc, Ty też możesz zbudować Blogowe Imperium. Jest to nawet łatwiejsze niż myślisz. Ta właśnie książka pokaże Ci krok po kroku co powinieneś uczynić, aby ujrzeć swe nazwisko w świetle (wirtualnych) reflektorów, i aby Twój blog osiągnął szczyty wszystkich znaczących list najpopularniejszych blogów, przy okazji zdecydowanie poprawiając stan Twego konta bankowego. Będzie to wymagało sporo pracy (czy cokolwiek istotnego jej nie wymaga?), ale całkiem możliwe, że okaże się to najbardziej satysfakcjonującą pracą Twojego życia.
 Jeśli Twój blog jest poświęcony aktualnym wydarzeniom, czytelnicy będą się spodziewali takich właśnie wydarzeń, do tego interesujących i ważnych, najlepiej z linkiem do oryginalnej wersji opisywanej historii albo do witryny będącej źródłem wiadomości. Będą także oczekiwali wnikliwego zrozumienia opisywanych spraw, którego sami nie posiadają, informacji, których gdzie indziej nie potrafiliby znaleźć, zasygnalizowania im najnowszych trendów oraz pogłosek i plotek pochodzących z „elitarnych” środowisk, w których się sami nie kręcą, a bardzo by chcieli. Tyle że to wszystko musi być ściśle związane z tematyką Twojego blogu. Pragną przeczytać wpisy i odejść z błogim poczuciem, iż teraz wiedzą więcej, niż poprzednio, że się nauczyli czegoś interesującego... Oraz że mają powód, by niedługo znów wrócić.

Po przeczytaniu Blogi od A do... sławy i pieniędzy zrozumiałam wiele prawideł, którymi rządzi się blogosfera, oraz powodów dla których jedne blog są oblegane przez tłumy, a inne nikną w mrokach zapomnienia. Pozycja ta z pewnością będzie bardzo ciekawa lekturą dla osób, które na poważnie interesują się prowadzeniem własnego bloga i chciałyby, aby był on najlepszy w swojej kategorii. A jak wiadomo "najlepszość" to pojęcie względne, więc aby zrobić coś dobrze, warto mieć o tym jak największą wiedzę.

Zainteresowani mogą pobrać darmowy fragment tej książki tutaj. Możesz podarować go komuś, kto prowadzi własnego bloga.

Ocena końcowa w skali od 1 do 10:
Okładka: 10
Pomysł: 10
Wykonanie: 9

środa, 10 kwietnia 2013

Ciekawe miejsca - LubimyCzytać.pl

Stosunkowo niedawno trafiłam na portal LubimyCzytać.pl i od razu się w nim zakochałam. To doskonałe miejsce dla wszystkich miłośników czytania i książkowych konkursów. O portalu wspominałam już przy okazji tego wpisu. Wygrałam u nich 4 książki (w tym jednego e-booka), z których jestem bardzo dumna :)

LubimyCzytać.pl

Na dzień dzisiejszy w serwisie LubimyCzytać.pl jest wiele tysięcy książek, recenzji i półek zapełnionych po brzegi literaturą, którą pochłonęli czytelnicy. Tego typu serwis daje możliwość prowadzenia własnej internetowej biblioteczki, w której klasyfikujemy według własnych upodobań książki, które przeczytaliśmy lub przeczytać dopiero chcemy. O wielu fantastycznych tytułach nie dowiedziałabym się może nigdy, gdyby nie serwis LubimyCzytać.pl

Bardzo przyjemne jest buszowanie po półkach innych użytkowników i wynajdowanie dla siebie pozycji, które inni ocenili jako wartościowe. Recenzje zamieszczane przez użytkowników pomagają nam podjąć decyzje co do zakupy lub przeczytania danej książki. Wiadomo, każdy czytelnik inaczej odbiera konkretną książkę, a mnogość opinii pozwala nam wyrobić sobie jakieś zdanie co do danej książki i zdecydować, czy chcemy się z nią zapoznać, czy nie.

Kolejnym bardzo przyjemnym aspektem serwisu jest dział z konkursami, w którym kreatywni użytkownicy mogą wygrać najnowsze publikacje znanych wydawnictw. Konkursy organizowane są przez cały czas, a tematyka jest tak różna, że każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Portal daje możliwość obserwowania użytkowników, przyjmowania ich do grona znajomych, a także umożliwia opcje rozmów z autorami i dyskusji w grupach tematycznych. Słowem pełny asortyment rozrywki dla każdego czytelnika. Wiem, że z pewnością piszę o sprawach oczywistych, a duża część z was ma już konto na tym portalu, ale być może znajdzie się ktoś, komu ten wpis pomoże znaleźć miejsce w którym będzie mógł gromadzić swoje książkowe przygody.

Macie swoje konta na tym portalu? Jak wyglądają wasze półki? Pochwalcie się.

Pozdrawiam i życzę półek łamiących się pod naporem książek!

środa, 3 kwietnia 2013

Rozterki młodego twórcy

Młody pisarz
Odkąd pamiętam zawsze sobie tam coś skrobię, lubię pisać, układać słowa, wydobywać ich sens i nadawać im znacznie. Nie ma się co oszukiwać, w przyszłości bardzo chciałabym być pisarką, tylko, że to  nie jest takie proste.

Wchodzimy sobie do księgarni, albo do biblioteki, wokoło półki uginające się od książek, nie zastanawiamy się nad procesem ich powstawania, nie myślimy jaką drogę przebył autor, zanim jego dzieło ukazało się drukiem. Ja jakiś czas temu również się nad tym nie zastanawiałam, ale w końcu przyszedł ten moment, kiedy stwierdziłam: to już, od teraz chce zająć się tym na poważnie.

Wbrew przekonaniu napisać książkę wcale nie jest tak trudno, gorzej ze znalezieniem dla niej wydawcy. Młody autor sądzi, że jego dzieło jest idealne, jedyne w swoim rodzaju, w pewien sposób wyjątkowe, a target na nie znajdzie się w mgnieniu oka, ale w pewnym momencie spotyka się oko w oko (lub e-mail w e-mail) z potencjalnym wydawcą i czar pryska. Książka może być dobra, mądra, chwytliwa, przemyślana i cudowna ze wszech miar, ale jakiś pan lub pani z wydawnictwa mówią nam Nie. Cóż tu począć, myślimy sobie. Czy nasz utwór jest zły, nieciekawy, czy czegoś mu brakuje? A może to nam brakuje nazwiska, kasy i czego tam jeszcze nie można wymyślić.

Dzisiejszy rynek wydawniczy jest trudną strefą rynku, bezrobocie wzrasta, pensje maleją, coraz mniej ludzi stać na kupno książek. Kryzys dotknął również wydawców i oni w ramach asekuracji wolą inwestować w dzieła znanych już twórców (np. Grocholi, Tokarczuk, Pilipiuka), niż wkładać pieniądze w utwory kogoś, kto szerszemu gronu nie jest znany. Oczywiście możemy pisać niczym wyżej wymienieni twórcy, ale to wcale nie gwarantuje nam sukcesu. Wydawnictwa raz za razem odmawiają, bądź proponują opcję wydawniczą ze współfinansowaniem. Nie oszukujmy się, rzadko kiedy młody, znający swoją wartość twórca zgodzi się dokładać do wydania swojej książki. Żeby on jeszcze miał z czego dokładać, to może i miałoby to sens, ale w większości przypadków piszemy nie po to, aby płacić za fakt, że ktoś po naszą książkę sięgnie, a zarabiać na tym, że komuś swoją pracę sprzedajemy.

Istnieje grono osób, które trudnią się Self-Publishingiem, czyli wydawaniem we własnym zakresie. Popularne jest to model głównie jeśli chodzi o e-booki, bo one nie wymagają takiego nakładu kosztów. Książkę papierową własnym sumptem wydać można jedną, no może dwie i wtedy raczej każdemu ten pomysł przechodzi. Ja zawzięcie szukam wydawcy, gdyż wiem, że znalezienie go to tylko kwestia czasu. Staram się nieustannie doskonalić swój warsztat i uczyć nowych rzeczy, ale co z tego, skoro nadal tkwię w szufladzie: debiutant, a takich się wszyscy boją. A to niepewny, a to nieznany, zawsze jakieś ale wydawcy wymyślą.

Wiem, że wiele osób marzy o wydaniu własnej książki i bezskutecznie szuka kogoś, kto w ich utworze znajdzie wystarczająco dużo sensu i wartości, aby w niego zainwestować. Tym czasem realia boleśnie ściągają młodych pisarzy na dno rozgoryczenia i zwątpienia. Owszem, nie można pisać dla każdego - tak się nie da. Nie można pisać bez pasji i chęci, bo kicha wyjdzie jawna i ostentacyjna, ale śledząc poczynania znanych pisarzy, widzimy, ze można tworzyć książki niczym meble w warsztacie - dla klientów i pod klientów. Znani pisarze wiedzą co się sprzedaje, co jest chwytliwe i gdzie na to target znaleźć i wcale nie muszą być geniuszami, często ich utworom można by wiele zarzucić, a jednak ktoś to czyta i ktoś wydaje. Sęk tkwi w tym, żeby dzieło sprzedajne było, a nie doskonałe.

I teraz następuje dla młodego twórcy dylemat: pisać pod wydawcę, czy tak jak mi w duszy gra? Najlepiej, żeby te elementy zgrać, bo osobno żadne z nich nie daje odpowiedniego efektu, ale łatwo to się tylko mówi. Z praktyką jest zupełnie inaczej. Chodzi sobie taki młody pisarz ze swoją (jeszcze nie) książką od wydawcy do wydawcy i za każdym razem dostaje kopa w dupę. Wyda własnym sumptem, to mu powiedzą, że chłam był, dlatego nie chcieli, ale nikt nie zastanowi się nad tym, że być może żaden redaktor nawet tekstu nie przeczytał. Może mu się gdzieś zapodział, może mu się już w oczach troiło i nasz wiekopomny epos wylądował w koszu, a może najzwyczajniej w świecie miernotę wypociliśmy i nawet o tm nie wiemy. Na te pytanie ciężko uzyskać odpowiedź.

Wszystko pozostaje jedna wielką niewiadomą, zmieniające się gusta czytelnicze są niedoścignione, szczęście nasze jest niemierzalne, a i dobry humor potencjalnego recenzenta niewiadomy. Ciężki ma orzech do zgryzienia ten młody pisarz, bo cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz, a tu dziwnie ten wydawca nie chce.

Ku pokrzepieniu serc wszystkich przyszłych (i niedoszłych) pisarzy - kiedyś będzie lepiej.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...