poniedziałek, 25 lutego 2013

Magia wiary według Josepha Murphyego

Magia wiary
W tym miesiącu plan czytelniczy okazał się lepszy niż przewidywałam. Czytałam dużo i intensywnie, a w tym wszystkim znalazł się również czas na Magię wiary Josepha Murphyego.

Magia wiary - Joseph Murphy
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 156

Z książkami tego autora miałam okazję zaznajomić się już jakiś czas temu. Autor Joseph Murphy jest propagatorem rozwoju duchowego i Prawa Przyciągania. Jego słowa od lat pomagają ludziom na całym świecie osiągać swoje cele i stawać się coraz doskonalszymi.

W Potędze podświadomości Murphy skupia się, jak sama nazwa wskazuje na ludzkiej podświadomości, w Magii wiary natomiast prym wiedzie Bóg. Początek książki nie wywarł na mnie najlepszego wrażenia. Sądzę, że pierwszych 20, no może 30 stron odbiegają jakościowo od reszty książki, jakby pisał je ktoś całkiem inny. Początek jest słaby, ale w miarę czytania moja opinia zmieniła się diametralnie.

Magia wiary traktuje Boga jako nasze jedyne źródło odniesienia, źródło obfitości naszego życia i szczęścia. Ja osobiście skłonna jestem do zamiennego używania słów Bóg, Wyższa jaźń, Universum czy Wszechświat. Po przeczytaniu wielu książek z zakresu rozwoju osobistego, skłaniam się ku szerszemu nazewnictwu mocy, która niewątpliwie istnieje i której wszystko zawdzięczamy. Murphy określił ją jako Boga i to oczywiście jest w porządku, z tym, że ludzie niewierzący widząc jedynie Boga, mogliby odpuścić sobie lekturę tej książki, uznając, że traktuje ona o wierze w kościół ect. Książka natomiast dotyczy naszej osobistej wiary w sukces, powodzenie i wynikających z tej wiary korzyści.

Joseph Murphy pisze:
Określ swój cel. Dokąd zmierzasz? Co chcesz osiągnąć? Wyznacz sobie konkretny cel. Następnie przyjmij jako pewnik, że Bóg działa na Twoją korzyść.
Dzięki poczuciu, że „Jestem" w tobie to Bóg, odkrywasz, iż nie masz się czego lękać, bo tworzysz jedność z Wszechmocą, Wszechmądroscią i Wszechobecnoscią. Nikt nie może zabrać ci zdrowia, spokoju, radości ani szczęścia. Nie ma już w tobie licznych „ja", opartych na lęku, zwątpieniu i przesądach. Żyjesz teraz w poczuciu boskiej obecności i masz świadomość swojej wolności.
Zapisz sobie głęboko w sercu tę codzienną modlitwę: „Bóg jest źródłem mych bogactw, które napływają teraz do mnie obficie. Zawsze będę świadomy swej prawdziwej wartości. Hojnie obdzielam świat talentami i otrzymuję za to wspaniałe boskie wynagrodzenie. Dzięki Ci, Ojcze!"
Takie podejście być może nie będzie do zaakceptowania dla wszystkich. Ja przyjmuje jego prawdziwość, gdyż wierzę w nieskończoną inteligencję, którą zamiennie nazywać można Bogiem i wiem, że prawdy wyłożone w tej książce mogą stać się ogromną pomocą w codziennym życiu. Murphy twierdzi, że jeśli w coś głęboko uwierzysz, to świat tak ułoży swoje plany, aby Twoje marzenie zostało zrealizowane i Bóg wesprze Cię w tym zamiarze. Książka okraszona jest wieloma cytatami pochodzącymi z Biblii i ich interpretacją.

To, co szczególnie podoba mi się w książka Murphego to krótkie podnoszące na duchu historyjki, które opowiadają, jak dana osoba zmierzyła się ze swoim problemem i skąd wzięła odpowiedź co było jego przyczyną i jak temu zaradzić. Autor jest osobą głęboko wierzącą, w swojej książce nie pisze na temat żadnego kościoła, czy wyznania, całą uwagę poświęcając Bogu, miłosiernemu, wspierającemu nas stwórcy, który da nam wszystko, o co poprosimy. Książka podnosi na duchu i może stać się początkiem wspaniałej przygody z poznawaniem siebie i praw rządzących światem. Z czystym sumieniem mogę polecić ją osobą, które szukają w swoim życiu czegoś więcej niż to, co otrzymały dotychczas.

Ocena w skali od 1 do 10:
Okładka: 4
Fabuła: 5
Postacie: 3
Pomysł: 10

czwartek, 21 lutego 2013

Rozmowy bez retuszu z Arturem Barcisiem

Rozmowy bez retuszu
Kilka dni temu przeczytałam książkę Artur Barciś Rozmowy bez retuszu autorstwa Marzanny Graff. O tym szczególnym wywiadzie słyszałam już kilkukrotnie i ciekawiło mnie, co jeden z moich ulubionych aktorów chce tym razem przedstawić swoim fanom.

Artur Barciś Rozmowy bez retuszu - Marzanna Graff
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Stron: 219

Jeden z najlepszych współczesnych aktorów komediowych, niezapomniany Tadzio Norek z Miodowych lat i niezmiernie denerwujący Czerepach z Rancza. Jaki jest naprawdę Artur Barciś? Jak wyglądała jego kariera, co jest dla niego najważniejsze w aktorstwie. Książka Rozmowy bez retuszu odpowiada na te i na wiele innych pytań, które mogliby zadać obserwatorzy jego twórczości. Osobliwy, bardzo prywatny wywiad z Barcisiem doczekał się pięknego, eleganckiego wydania. Twarda okładka na której widnieje twarz Artura pokazuje dualizm jego osoby. Z jednej strony perfekcyjny aktor, z drugiej zwykły, szczery do bólu człowiek.

Początek książki bardzo mnie wzruszył. Nie sądziłam, że najsilniejszym zapamiętanym przez małego Barcisia uczuciem był strach. Jako dziecko czuł się gorszy, słabszy i tak też był traktowany przesz szkolnych kolegów. Jego szczupłe ciało i niski wzrost powodowały, że w dzieciństwie wielokrotnie słyszał słowa: Ty jesteś niedorozwinięty. Jakże przykre musiały być takie chwile dla całkiem normalnego i zdrowego chłopca, to wie tylko on sam. Barciś pokazał jednak, że ciało to nie wszystko, nie trzeba posiadać aparycji hollywodzkiej gwiazdy, by być dobrym w tym, co się robi, a Barciś dobry był, jest i z pewnością będzie.

Przez całe życie robił to, co kochał, mimo przeciwności, powątpiewania innych i własnego strachu. Pokazał, że prawdziwa siła tkwi w głębi człowieka, a wygląd jest jedynie jej dopełnieniem. Rozmowy bez retuszu ukazują czytelnikowi prawdziwego Artura Barcisia, silnego, pokornego, wierzącego w ideały mężczyznę, który znalazł sposób, aby stać się ikoną polskiego filmu. Aktor opowiada o swoim dzieciństwie, szkole filmowej, najlepszych rolach, a ta swoista biografia przepełniona jest niezwykłą szczerością i energią, jaka drzemała w tym człowieku od zawsze. 

Barciś nie kryje takich faktów jak trudne relacje z rówieśnikami w pierwszych latach szkoły, czy fakt,  że pochodzi z biednej rodziny, która mimo trudnej sytuacji wspierała go w drodze do celu. Poznajemy Artura nie tylko jako uśmiechniętą twarz spoglądającą na nas z ekranu, ale również jako człowieka, który borykał się z wieloma przeciwnościami zanim osiągnął obecny status. Życie aktora nie jest wieczną sielanką, nie zawsze okoliczności sprzyjają rozwojowi i sławie, trzeba na nią długo czekać i ciężko pracować, wszak nie ma się monopolu na dobre role i żeby utrzymać rodzinę, trzeba od czasu do czasu przyjąć coś, co jest poniżej granic własnych wymagań. Marzanna Graff, autorka książki ciągnie swojego rozmówcę za język i doprowadza do bardzo osobistych zwierzeń. Barciś bez oporów opowiada o swoim życiu i twórczości, mówi o ludziach, którzy są dla niego wzorami, o swojej żonie,  przyjaciołach i rolach jakie odegrał.

Tylna okładka

Rozmowy bez retuszu to portret zwykłego wielkiego człowieka. Ta książka niesie ze sobą przekaz, jest ciekawa, wzruszająca, zmusza do myślenia i ukazuje nieznane nam dotąd szczegóły z życia aktora. Jedynym minusem jest fakt, że skończyła się wcześniej niż bym tego chciała. Pochłonęłam ją w jeden wieczór. Były to niezwykle mile spędzone godziny, brak mi tylko niewielkiego wybiegu w przyszłość. Chętnie dowiedziałabym się, co też Artur Barciś planuje na kolejne lata swojego życia, jak dalej chce kierować swoją karierą. Mam nadzieję, że powstanie obszerna biografia tego aktora i wkrótce będę mogła poznać jego plany.

Ocena w skali od 1 do 10:
Okładka: 10
Fabuła: 8
Postacie: 10
Pomysł: 10

Za egzemplarz recenzencki dziękuje wydawnictwu:


poniedziałek, 18 lutego 2013

Kalkwerk - Thomas Bernhard

Kalkwerk
Dziś kilka słów o książce Kalkwerk Thomasa Bernharda. Do tej pory nie miałam okazji przeczytać utworu podobnego do tej książki, tak więc moja ocena będzie mam nadzieję niezakłócona porównaniami i świeża.

Kalkwerk - Thomas Bernhard
Wydawnictwo: Officyna
Stron:338

Książka rozpoczyna się informacją, że Konrad, mieszkaniec Kalkwerk zabija swoją żonę, inwalidkę od wielu lat przykutą do wózka.Tak właściwie jest to jedyna pewna w tym utworze informacja. Nie wiadomo w jaki sposób Konrad zabił swoją żonę.
... u Lannera mówi się, że Konrad uśmiercił swoją żonę dwoma strzałami, u Stieglera jednym jedynym strzałem, u Gmachla trzema, a u Laski, że wieloma strzałami. Jasne, że do tej pory poza biegłymi sądowymi, jak można przypuszczać, nikt nie wie, iloma strzałami zabił Konrad swoją żonę...

W książce Kalkwerk nie ma nic pewnego, niczego nie wiemy na sto procent. Wszystko jest jednym wielkim przypuszczeniem, właściwie, jeśli miałabym nadać tej książce tytuł, brzmiałby on: Domniemanie. Jedynymi źródłami informacji o Konradzie i jego żonie, są stwierdzenia, pochodzące od nijakiego Wiesera, Hollera i Fro. Ci zaś, przedstawiają różne wersje wydarzeń i czytelnik nie może w żaden sposób doszukać się jedynych, słusznych wniosków.

W książce nie ma ani jednego dialogu, tekst jest jednym ciągiem, bez podziału na rozdziały. Powiedzieć, że Kalkwerk jest książką łatwą, byłoby niedomówieniem. Jest to utwór ambitny, przeznaczony bardziej dla koneserów gatunku, niż zwyczajnych, nastawionych na komercyjne treści czytelników. Wielokrotnie w tekście zwodzi nas zawiłość i niemożność oddzielenia autentycznych zdarzeń od plotek i przeinaczeń.
...zapewniał, że Kalkwerk jest do sprzedania, potem nagle nie chciał znowu nic słyszeć o sprzedaniu Kalkwerk Konradowi, a przy tym wciąż groził, że chyba sprzeda Kalkwerk, ale nie Konradowi, potem znowu obiecywał, że Kalkwerk sprzeda wyłączenie Konradowi, jednego dnia zapewniał Konrada, że sprzeda Kalkwerk, następnego dnia znowu cofał zapewnienie, ale nie chciał nic słyszeć o jakimś danym Konradowi zapewnieniu...
Cała książka utrzymana jest właśnie w podobnym do powyższego klimacie. Czytelnik ma wrażenie, że autor chce mu zamiar zrobić wodę z mózgu, ale w przyjemny i  niezwykle zabawny sposób. Kalkwer samo w sobie pozbawione jest humoru, ale w trakcie czytania bezwiednie na moich ustach gościł uśmiech. Zastanawiałam się, co jeszcze zdoła wymyślić autor i jak udało mu się samemu nie pogubić w tej skomplikowanej historii. Utwór Bernharda wymaga niezwykłego zrozumienia, takiej historii nie pisze się na poczekaniu, jest wyjątkowo przemyślana a jednocześnie skomplikowana do granic możliwości.

Czytając, wręcz błagałam, aby w końcu ktoś powiedział mi, jak zginęła Konradowa i czy aby napewno Konrad miał z tym coś wspólnego. Otaczający go ludzie, tacy jak Wieser, czy Fro, już na samym początku utracili moje zaufanie i szczerze mówiąc, gdybym spotkała ich na ulicy, rozgorzała by między nami zaciekła dyskusja, dotycząca kwestii ludzkiej prywatności.

Kalkwerk w pewnym sensie odstaje całkowicie od gatunków, które mogę uznać za ciekawe i wciągające, niemniej jednak ta książka coś w sobie ma. Tym czymś jest przede wszystkim innowacyjność, taka, której do tej pory nie miałam okazji posmakować. Chylę czoła przed autorem, który zdecydował się stworzyć indywiduum literackie, pomijając możliwość znalezienia szerokiego grona odbiorców. Mówię to z pełną świadomością, gdyż wiem, że ta książka nie zalicza się do grona utworów, które znajdą rzesze zadowolonych odbiorców. Jest trudna, skomplikowana, na swój sposób ciekawa i przede wszystkim inna, niż do tej pory mi znane. Wywołała we mnie sprzeczne uczucia, nie wiem, czy mi się podobała, czy też nie. Właściwie niczego już nie jestem pewna. Tak działa Kalkwerk, tak działa domniemanie...

Ocena w skali od 1 do 10:
Okładka: 4
Fabuła: 8
Postacie: 6
Pomysł: 8

Za egzemplarz recenzencki dziękuje wydawnictwu:




piątek, 15 lutego 2013

Wstrząsające wyznania Kathy - Kathy O'Beirne

Wstrząsające wyznania Kathy
Gdyby nie zamiłowana w brutalnych historiach koleżanka, możliwe, że nigdy nie trafiłabym na książkę Wstrząsające Wyznania Kathy. Wspomnienia pisane przez główną bohaterkę, były dla mnie czymś jedynym w swoim rodzaju i na zawsze zmieniły mój pogląd na ludzkie cierpienie.

Wstrząsające wyznania Kathy - Kathy O'Beirne
Wydawnictwo: Sonia Draga
Stron: 288

Na okładce widzimy niewinną dziewczynkę ubraną w białą komunijną sukienkę, na tle której widnieje tytuł wstrząsające wyznania. Nie trzeba obracać książki na tylną okładkę, aby zrozumieć, że nie będzie ona o niewinności i wzniosłych uczuciach. Wyznania Kathy to kwintesencja ludzkiej podłości i wynaturzenia ludzkich zasad moralnych. Książka ta jest zasłużoną karą dla tych, których los bezbronnego dziecka nigdy nie interesował. W końcu jest zadrą w palcu irlandzkiego aparatu państwowego i powodem do wiecznej dla niego niesławy.

Kathy O'Beirne nie dane było skosztować dzieciństwa, bita i zastraszana władzą despotycznego ojca, w latach dziecięcych, mogą zaufać jedynie matce, która choć kochała ją bardzo, tak jak wszystkie swoje dzieci, nie potrafiła sprzeciwić się autorytarnej władzy swojego męża. Kathy i jej rodzeństwo przez całe swoje dzieciństwo doświadczali kar cielesnych, upokorzeń i głodu. Ojciec traktował ich niczym zwierzęta, choć biorąc pod uwagę czyny, jakich się wobec nich dopuszczał, i tak jest to zbyt delikatne określenie. Wszak współcześni ludzie rozumieją, że zwierzę to również czująca istota, a zdaje się, że ojciec Kathy o tym nie wiedział.

Kilkuletnia dziewczynka zgwałcona w przeddzień swojej Pierwszej Komunii Świętej, popada w otchłań bólu i brutalnego oblicza świata, którego nie potrafi objąć rozumem. Czuje się gorsza, nieczysta, jest wykorzystywana na wszelkie możliwe sposoby. W Kathy rodzi się gniew i bunt za co zostaje odebrana "rodzinie" i kierowana po kolei do różnych ośrodków państwowych, aby ostatecznie wylądować w piekle pralni sióstr magdalenek.

Bardzo osobiste i przepełnione tragizmem wspomnienia Kathy, wydają się być złym snem, ale niestety nim nie są. To najprawdziwsza historia bezbronnego dziecka, którego losem zarządzają Ci, którzy powinni go bronić. Z tym, że ich kuratela jest jednym z najpaskudniejszych występków, jakich można się dopuścić. Kathy cierpi latami w milczeniu, nikt jej nie wierzy, nikomu nie może zaufać, jedynie Liz, koleżanka, która dzieli z nią okrutny żywot, jest dla niej opoką i wsparciem. Liz, która cierpi i umiera z zaszytą w brzuchu stalowa siatką, która powoli wychodzi na zewnątrz ciała, rozrywając wnętrzności.

Książkę czyta się ze łzami w oczach. Kilkukrotnie chciałam przezwać dalszą lekturę, ale coś mówiło mi: poczekaj, ona to przeżyła, a Ty nie jesteś w stanie nawet przeczytać? Przeczytałam i jestem pełna podziwu dla kobiety, która pomimo swojego okropnego cierpienia zdołała uporać się z demonami przeszłości i rozpocząć nowe życie.

Czytając książkę zastanawiałam się, czy jest to jedynie historia stłamszonego dziecka, czy bezsilności i braku działania. Z jednej strony Kathy nie ma się do kogo zwrócić, a z drugiej istnieje przemożne wrażenie, że przecież mogła by uciec, co zresztą robiła, ale niestety nieskutecznie i za każdym razem ponosiła konsekwencje swojej krnąbrności. Książka Wstrząsające wyznania Kathy jest skierowana do czytelników o mocnych nerwach, do ludzi, którzy nie boją się spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć: w gruncie rzeczy to, że jesteś dorosły, nic nie mówi o Twojej dojrzałości.

Przeczytanie tej książki polecam nie ze względu na jej walory literackie, ale najzwyczajniej, w celu poznania realiów Irlandii XIX i XX wieku. Bo pralnie sióstr magdalenek istniały do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, a liczba ofiar, jaką pochłonęły nie podlega żadnym pomiarom. Ludzkiego okrucieństwa również nie da się zmierzyć, można je albo poznać, albo udawać, że nigdy nie istniało...

Ocena w skali od 1 do 10:
Okładka: 3
Fabuła: 5
Postacie: 9
Pomysł: nie podlega ocenie

niedziela, 10 lutego 2013

Bezsenni Grahama Mastertona - majstersztyk

Swego czasu bardzo wnikliwie studiowałam twórczość Grahama Mastertona. Na jego książki trafiłam przypadkiem, miłością do nich zaraziła mnie koleżanka, która od kilku dobrych lat pochłonięta była do reszty tym autorem. Po jej niezwykle przekonujących opiniach postanowiłam spróbować i wiem, że był to dobry wybór. Masterton stał się moim ulubionym autorem właśnie za sprawą książek takich, jak Bezsenni.

Graham Masterton - Bezsenni
Wydawnictwo: Albatros 
Stron: 432

 
Okładka bardzo minimalistyczna, aczkolwiek elegancka i stworzona na wzór innych powieści Mastertona, które rozpowszechniło wydawnictwo Albatros. Historia  rozpoczyna się tzw. wejściem smoka. Jest akcja, są postacie, czytelnik zostaje bezpowrotnie wciągnięty do świata ludzi, którzy nigdy nie śpią.  Poznajemy Johna O'Briena wybranego na sędziego Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych i jego rodzinę, wraz z którą odbywa właśnie lot na zaprzysiężenie swojego nowego stanowiska. O'Brienowie nie docierają jednak na miejsce, gdyż helikopter którym lecą rozbija się. Z katastrofy wychodzą żywi, ale szczęście nie trwa długo, gdyż na miejscu katastrofy czeka ktoś, kto dokańcza dzieła zabijając rodzinę.

W dalszej części poznajemy sektę Bezsennych, brutalnych i przerażających istot, które aby przeżyć wysysają z ludzkich nadnerczy adrenalinę. Ta produkowana jest w niewystarczających dla nich ilościach, więc posługują się najbardziej wymyślnymi i odrażającymi praktykami, mającymi na celu pobudzić jej produkcję. Bezsenni to nie bajka na dobranoc. Czytelnicy o słabych nerwach powinni trzymać się od tej książki jak najdalej lub przerwać czytanie w pierwszych chwilach zaobserwowania odruchu wymiotnego.

W swoim życiu przeczytałam ponad 20 horrorów Grahama Mastertona. Jedne były gorsze, inne lepsze, ale czegoś takiego jak Bezsenni, nikt chyba nie potrafiłby stworzyć. Powieść przepełniona jest grozą i niezwykle brutalnymi scenami znęcania się Bezsennych nad swoimi ofiarami. Mastertona zadbał o to, by czytelnik ani przez chwilę nie doznał spokoju i targany sprzecznymi emocjami zagłębiał się jeszcze bardziej w jego dzieło. Pod względem grozy Bezsennych można przyrównać do innego, równie dobrego horroru Mastertona - Ciała i krwi.

Niezmiennie od kilku lat twórczość tego autora wprawia mnie w zachwyt i osłupienie. Bezsenni są kwintesencją strachu i wypaczenia ludzkiej moralności. Czytając tę książkę zadajesz sobie pytanie, czy aby autor jest w pełni normalny. Zdajesz sobie sprawę, że czegoś tak obrzydliwego i pasjonującego jednocześnie, nie mógłby stworzyć człowiek przy zdrwoych zmysłach. Ta książka jest jak narkotyk, już samo czytanie identyfikuje nas z bohaterami, poprzez wzmożone wydzielanie adrenaliny. Zapewniam Cię, że podczas czytania jej poziom w Twoim organizmie sięgał będzie zenitu.

Bezsenni to sprzeczne emocje, strach, litość i żal jednocześnie. Wyjątkowo rozbudowana fabuła wprowadza czytelnika w świat, o istnieniu jakiego nawet do tej pory nie śnił, a jeśli nawet, to te sny były jednymi z najstraszniejszych koszmarów. Książkę czyta się szybko, nie sposób odłożyć jej na bok i stwierdzić, że wróci się do niej przy następnej okazji. Bezsennych pożera się od razu, a po przeczytaniu zakończenia pozostaje niedosyt  przemożne wrażenie, że autor mógłby inaczej zakończyć swój utwór. Być może właśnie to jest w tych historiach pasjonujące, te niedomówienia, to uczucie niespełnienia, kiedy zamykamy książkę i odkładamy ją na półkę, oznaczoną etykietą: przeczytane.

Gorąco zachęcam do zapoznania się z tym utworem. Nawet jeśli nie przepadasz a horrorami, uwierz mi, że warto raz na jakiś czas sięgnąć po coś, co przewróci Twoje myślenie do góry nogami i zafunduje Ci wspaniałą bezsenną noc...

Ocena końcowa w skali od 1 do 10: 
Okładka: 7
Fabuła: 10
Postacie: 10
Pomysł: 10

wtorek, 5 lutego 2013

Bo Ty jesteś zajebista! Alchemia tekstów piosenek.

Alchemia tekstów piosenek
Dzisiejsze przedpołudnie. Wsiadam w auto, włączam radio i słyszę: Bo Ty jesteś zajebista, to sprawa jest oczywista... Jadę i słucham, nie mój typ muzyki, nie mój styl, a i słowa zdają się nie robić żadnego wrażenia. Jednak nadal słucham.

Po minucie nucę już: Bo ja jestem zajebista, to sprawa jest oczywista i zastanawiam się nad magią tekstów piosenek. Co sprawia, że ten z pozoru chłamliwy tekst tak zapada w pamięć i czy dzieje się to tylko za sprawą melodyjnej muzyki, czy też użytych przez tekściarza słów.

Nie ma się co oszukiwać, większość muzycznych hitów to jedno lub dwa powtarzane w kółko zdania, których jedyną zaletą jest fakt, że się rymują. Reszta to zbieranka niemalże przypadkowych zwrotów, których zadaniem jest wesprzeć refren i przedłużyć całość do tych trzech minut i trzydziestu sekund. Wszak dwudziesto sekundowy utwór hitem się nie stanie, coś trzeba zrobić, rozepchać, przyozdobić i rozwlec.Musi mieć ręce i nogi, a dalej to jakoś będzie, podłoży się muzyczkę ze dwie rozebrane tancerki i sukces murowany - wszak Ty jesteś zajebista.

Szukam w necie tekstu tej piosenki, zainspirował mnie do dzisiejszego wpisu i muszę go znaleźć. Jest.
Umiesz kręcić pupą i fajnie ruszasz się
Obiektem pożądania właśnie stałaś się
Pamiętam Ciebie małą, taki mały ktoś
A teraz już kobieta i patrzy w oczy me

Masakra, to mało dobitne słowo, szukam w zakamarkach pamięci, ale nie mogę znaleźć odpowiedniejszego. Czy naprawdę mogłam się tak pomylić? Kilka minut nucenia piosenki, a zapamiętałam tylko: Bo Ty jesteś zajebista? Niemożliwe. Zastanawiam się dlaczego, co sprawia, że niektóre utwory stają się przebojami, a inne nikną w mrokach studia nagraniowego. Tutaj dobry jest tylko refren, sęk tkwi jednak w tym, dlaczego tak uważam. Myślę i wpadam na pomysł, że o wartości słów piosenki decyduje nasza identyfikacja z tekstem. Przecież ten facet przez kilka minut śpiewał do mnie, że jestem zajebista i to całkiem oczywista sprawa! A więc tak, nawet ubrana w przekleństwo intelektualna miernota mogla wywrzeć na mnie wrażenie tylko dlatego, że przez chwilę zidentyfikowałam się z krótkim fragmentem tekstu.

Każdy przecież chce być zajebisty, wybacz to sformułowanie, ale niestety wyższa filozofia którą tu próbuję uskuteczniać wymaga, by podeprzeć się cytowanym tekstem. Tak więc jestem zajebista, och tak i uświadomiła mi to właśnie ta denna piosenka. Słowa oddziałują na naszą psychikę, nie przechodzimy obok nich obojętnie, docierają do nas i szukają takiej części naszej osobowości, z którą mogłyby się utożsamić. Potrafią wywoływać w nas określone stany, czasem dobre, czasami złe, ale w tym momencie nie ma to znaczenia, bo ja od rana i tak chodzę w przeświadczeniu, że oczywiście jestem zajebista.

Odszukuje drugi tekst i porównuje go, aby udowodnić samej sobie stworzoną "własnoręcznie" teorię. Tym razem Przestrzeń Donia. Inny typ muzyki, może da mi odmienne spojrzenie. Tym razem tonacja spokojna. Może moja teoria okaże się słuszna.
 Wszyscy dawno w Morfeusza objęciach
Ja sam, bez kontroli, bez play-backu, bez cięcia
Wiem - ile mogę tyle dam Wam muzyki, talentu
Kiedy inni toną w morzu ekskrementów
Ty się nie daj słuchaj, dzień dla takich jak Ty wstaje
Korzystaj bo krótki, Bóg dwa razy go nie daje.

Coś w tym jest. Słowa wydają się przemawiać do najgłębszej części mnie, tej która mówi: Dasz radę, idź i rób to, co uważasz za słuszne, rób to, co kochasz! Tym razem nie doznaje uczucia zniesmaczenia, tekst Donia ma w sobie wystarczająco dużo elegancji, daje jakiś przekaz. To nie jest wiejski imprezowy klimat, który porusza się tylko wokół zajebistych rozrywkowych i pięknych kobiet (czytaj:dup).

Można być zajebistym z klasą lub z przymusu. Można tworzyć zajebiste teksty lekko i przyjemnie lub w pocie czoła i ogromnych bólach. Tekst piosenki prezentuje się inaczej, kiedy słyszysz go w radio i kiedy czytasz go, niczym szkolne wypracowanie. Zdolni copywrierzy z pewnością mieliby tu dużo do powiedzenia. To jest właśnie przekaz słowa.- perswazyjny, motywujący i uświadamiający. Tak działa język, który po odpowiednim skomponowaniu przenosimy na papier bądź ekran. Nie jestem fanką jednokierunkowego postrzegania spraw, pasjonuje mnie słowo w każdym jego aspekcie. Czasem nawet z pozoru niepotrzebna analiza okazuje się mieć wyższe znaczenie.

Słowo może wszystko. Potrafi uczynić Cię zajebistym, smutnym, stęsknionym i złym. Słowa sprzedają, określają nas i klasyfikują, rządzą naszym samopoczuciem i portfelem. Odpowiednio dobrana konstrukcja słów wpływ na Twoją psychikę, ale po co ja się nad tym zastanawiam, wszak jestem zajebista, ta sprawa jest oczywista...

piątek, 1 lutego 2013

W jego dłoniach Marthe Blau - recenzja

W jego dłoniach
Powieść Marthe Blau "W jego dłoniach", była pierwszą tego typu książką, jaką miałam przyjemność przeczytać. Długo zbierałam się do napisania tej recenzji, ale w końcu postanowiłam, że to zrobię.

Książka "W jego dłoniach" dała mi zupełnie inny pogląd na literaturę erotyczna, niż ten, który żywiłam do tej pory. Kiedy sięgałam po tą książkę oczekiwałam delikatnych, zmysłowych opisów przeżyć wewnętrznych dwojga kochanków, być może opis miłości niespełnionej, zaborczej lub  okrutnej, dlatego tym większe było moje zdziwienie już po przeczytaniu kilku pierwszych stron.

Marthe Blau stworzyła powieść erotyczną, mocno perwersyjną i opisującą sadomasochistyczne uzależnienie kobiety od mężczyzny. Czy pomysł był dobry? Trudno ocenić, tym bardziej, że nie mam porównania z innymi tego typu dziełami, jednakże postaram się skupić na odczuciach, jakie mam po przeczytaniu tego właśnie utworu. Być może moje ocena zostanie zachwiana oceną moralną i podejściem do pewnych tematów, ale z pewnością zrównoważy to brak porównania do innych książek.

Do rzeczy. Powieść jest objętościowo niewielka, czyta się ją stosunkowo szybko (stosunkowo to tutaj bardzo dobre określenie). Okładka daje nam jasno do zrozumienia, że "jego" dłonie to nic ciekawego, wszak dziewczyna na zdjęciu nie wydaje się skakać ze szczęścia, więc z góry można założyć, że przydarzy się jej krzywda. I tak się dzieje, tylko, że krzywd których doznaje sama się wręcz doprasza. Główna bohaterka wikła się w związek z nieczułym, niebezpiecznym, ale bardzo podniecającym ją mężczyzną. Kładzie na szali całą swoją karierę, dobre imię i jest zdolna zrezygnować z rodziny, po to, aby być z nim. Naiwnie wierzy, że otrzyma z jego strony miłość, podczas gdy on traktuje ją wyłącznie jako seksualną zabawkę.

Akcja książki toczy się we współczesnym Paryżu, pokazuje jego nocne upiorne oblicze i praktyki, którym oddają się bogaci paryżanie. Bohaterka opisuje wszystko w czasie teraźniejszym, obnaża swoje pragnienia, tęsknoty i pokazuje czytelnikowi swój upadek moralny w całej jego krasie. Uczucie, które żywi ona do brutalnego mężczyzny całkowicie nią zawładnie, strącając na sam dół poniżenia i goryczy. Początkowo powieść utrzymana jest w nieco spokojniejszym stylu, oto fragment:

Nic nie mówię. Siedzę w milczeniu i obserwuję Jego dłonie. Przyglądam im się uważnie i wiem, że moje ciało na nie czeka. Delektuję się tym oczekiwaniem. I znów Jego szare spojrzenie. Wyciąga rękę w stronę mojego karku. Przez chwilę wydaje mi się, że weźmie mnie w ramiona. Nie, palcem wskazującym dotyka mojej skóry, wodzi po szyi, muska jedwabną tkaninę okrywającą mi piersi. Palec przesuwa się po linii biodra, schodzi w dół i bardzo wolno unosi materiał, odsłaniając czerń pończoch i biel ud. Serce bije mi jak szalone. Oddycham głęboko, ponieważ nagle brakuje mi powietrza. Spuszczam wzrok. Wsłuchuję się w ciszę. Bo wokół nas zapadła uciążliwa wszechogarniająca cisza jak na pustyni, gdzie nie ma żywego ducha. Powoli zapominam, że jestem człowiekiem. Staję się ciałem zdanym na łaskę obłąkanego demona. Porwał mnie i pędzimy na jego szalonym rumaku.
 Dalej jednak sytuacja przestaje wyglądać na niewinną:
Skup się na tym, co będę ci robił. Doprowadzę cię do szaleństwa. Nie będziesz się już mogła bez tego obejść. Będziesz czekać na mój telefon, będziesz mnie błagać, żebym się z tobą spotkał, a gdy cię wezwę, przyjdziesz natychmiast i zrobisz wszystko, co ci każę. Będziesz czekać na moje wezwanie. To ci się spodoba... Zresztą będzie ci mnie brakowało. Żeby doznać rozkoszy, będziesz musiała o mnie pomyśleć. No i o tym, co się za chwilę stanie.
Marthe Blau zbudowała niezwykle przemawiający do wyobraźni obraz uzależnienia i zgubnej miłości. Co prawda niektóre opisy powodują odruch wymiotny, ale w tym tkwi właśnie sekret tej książki, w ukazaniu zatracenia i upadku, obnażeniu bezmyślnej miłości, która skupia się tylko i wyłącznie na doznaniach zmysłowych. Autorka pokazuje kobietę, która nie może obejść się bez bólu i bez osoby, która ten ból zadaje. Książka wręcz krzyczy do nas: ciesz się, że to nie Ty! Mimo swej bezwzględności w opisach, uważam ją za wartościową i przemawiającą do wyobraźni. Happy Endu oczywiście w niej nie ma, ale i tak warto przeczytać.

Marthe Blau - W jego dłoniach
Wydawnictwo: Albatros
Stron: 224

Ocena w skali od 1 do 10:
Okładka: 5
Fabuła: 7
Postacie: 9
Pomysł: 6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...